Mont Blanc
Pofrunęliśmy.
Widziałem moich towarzyszy padających kolejno na stok jak klocki domina. Pyk, obłok śniegu... pyk, obłok śniegu...; dziwny rytmiczny taniec, którego kolejne akty rozgrywają się w milisekundach. Zanim stałem się podmiotem tego procesu, rzuciłem się na śnieg wbijając głęboko ostrze czekanu. Szarpnięcie było słabsze niż się spodziewałem, cały tramwaj hamował - pięć napędzanych rozszalałą krwią wagoników którym w biologicznych skorupach uruchomił się w całej swej bezwzględnej okazałości instynkt przetrwania. Zatrzymaliśmy się. Spojrzałem w dół, biały kask Daniela majaczył gdzieś pod moimi nogami, 10 metrów od stanowiska, w które wgryzłem się wszystkimi możliwymi wypustkami ciała. Czy ci na dole są już bezpieczni? Nie widzę ich. A może gdzieś wiszą i nie mogą usiąść? Krzyczę, Daniel nie odpowiada, czekam...
Po chwili zaczyna się powoli gramolić, siada plecami do mnie; lina chwyta oddech, luzuje się. A zatem zatrzymaliśmy się. Obracam się powoli, próbuję usiąść. Delikatna smuga cienia przebiega mi przez twarz, kiedy rakiem płatam sobie ochraniacz i rzeźbię skórę na łydce.
Cała przygoda wydarzyła się, kiedy wracaliśmy ze szczytu. To była może siódma godzina akcji, jeden z bardziej stromych fragmentów na trasie. Ktoś z przodu pociągnął linę i wytrącił z równowagi swojego towarzysza. Cała reszta to efekt domina. Ujechaliśmy niewiele, kilkadziesiąt centymetrów, więcej w tym było zabawy niż strachu, choć grupa Polaków, która z oddali obserwowała nasze gościnne występy na ziemi francuskiej, powiedziała, że 'nie wyglądało to najlepiej'. Cóż, legenda będzie rosła - być może kiedyś okaże się, że zatrzymaliśmy lot na piargach po trzystu metrach ślizgu i poszliśmy na pizzę do lokalnej restauracji otrzepawszy się wprzódy ;-).
Impreza zajęła nam dokładnie tydzień. Szliśmy drogą francuską - najłatwiejszą, bez wspinaczki. Na szczycie Góry stanęliśmy 14 lipca, roku pańskiego 2011, po dwóch nad wyraz długich dniach oczekiwania na okno pogodowe spędzonych w schronisku Gouter na wysokości 3800 m. n.p.m.