Wolno, nie wolno, jak nie wiadomo, to wolno

Dwa samochody, błyskają światła przecinając mrok nocy... Trzaskają drzwi, słychać psa, kilka czarnych postaci, ewidentnie czegoś szukają. Siedzimy w absolutnej czerni obok namiotu, ukryci w lesie po słowackiej stronie Tatr, dreszczysta niepewność pełza delikatnie pomiędzy łopatkami.
- Krzywy, to policja - przyjechali po nas, musimy się ujawnić.
Wstajemy, obok nas majaczą drzewa, świat się przesuwa w czerni nocy jakby płynął, idziemy w kierunku latarek.
Rozkładam szeroko ręce, żeby widzieli, że nie mam broni, kaszlę, chcę zwrócić ich uwagę zanim wychynę z mroku, łysa pała z błyszczącymi oczami... Czterech umundurowanych, uzbrojeni po zęby, z psem. Otaczają nas dziwnym kręgiem, wszystko dzieje się dość szybko, wyciągam dowód osobisty, dowód rejestracyjny.
- Dobry wieczór, dokumenty! Co tu robicie?
- Jesteśmy turystami, śpimy w namiocie w tym lesie.
- Ej, co ty masz w tym plecaku!? - podskakuje do mnie mały policjant.
- Samo jedzenie - otwieram powolnym ruchem plecak prezentując po kolei zawartość - cebula, majonez kielecki z gównianą etykietą, te rzeczy...
- No dobra - uspokaja się.
- A co, nie można tu spać?
- Wolno, nie wolno, jak nie wiadomo, to wolno.

[W ciągu tego weekendu zrobiliśmy Rohacze i Krywań. Było miło]