Salam Spoko Maroko
Maroko zaskakuje po kilkakroc.
Po pierwsze - nie ma swiezo wyciskanych sokow na ulicy, do diaska! Wprawdzie mozna dostac sok w kazdej restauracji dla bialasow, ale nie jest wyciskany na miejscu. Leja toto z duzej butli i nikt poza tworca nie wie skad ten sok pochodzi. Natomiast po opowiesciach spodziewalem sie, ze tutaj na kazdym rogu bedzie jakias wyciskarka, a tymczasem - ku naszemu zaskoczeniu - takowej brak. Nie ma, znaczy sie.
Po drugie - ludzie (zazwyczaj) diabelnie mili i malo naganiaczy. Oczywiscie lokalnej goscinnosci daleko do krajow typu Gruzja czy Iran, niemniej jednak i tak calkiem dobrze gosciom idzie. Na tyle dobrze, ze dzisiaj stwierdzilem, ze panuje tutaj spokoj, cisza i sielanka. Ale - nie chwalmy dnia przed zachodem slonca - to dopiero trzeci dzien, dojechalismy dopiero do Fes bujajac sie wprzody przez medyne Tangieru, zatem przed nami jeszcze kawal drogi i sporo przygod. Zeby jednak nie bylo nadmiaru zachwytu - jak sie gosciom cos nie spodoba, to potrafia rzucic jakas obelge. Wczoraj pewien ludek, ktory chcial nas zaprowadzic do swojego hotelu, a ktory pomimo usilnych staran nic nie wskoral, obrzucil nas inwektywami w jezyku Szekspira.
Moze to wszystko - niedobor sokow i naganiaczy - wynika z faktu, ze sezon sie byl skonczyl i ruch turystyczny zamiera. A moze to kwestia dobrego nastawienia do nagabujacych nas mlodych ludzi.
Zarcie zaiste zajebiste. Harrira, harrisa, b'sara, tajiin zaliczone. Jeszcze mnostwo rzeczy do odkrycia, kuchnia tego kraju wita z otwartymi rekami. Ataj, ataj, ataj! Chwalmy pana lub panow, za obdarowanie ludzkiego plemienia atajem. Czymze jest tajemniczy ataj? Jak zwykle w przypadku dan kompletnych - nic skoplikowanego, to po prostu herbata zielona z tona miety i dwiema tonami curku skompresowanymi w jednej szklance o dosc specyficznym ksztalcie. Ale smaczy, powiadam Wam, smaczy. Zarowno ten ulepek z cukrem jak i - ekstrawagancki jak na lokalne zwyczeje - bez cukru. Konkuruje z indyjskim c'ajem, choc - moim zdaniem - ustepuje mu pierwszenstwa.
W wiekszosci przypadkow targujemy sie jak wilki. Skutecznosc negocjacji w naszym wykonaniu wynosi tutaj 30%, zazwyczaj udaje sie stargowac do jakis 2/3 ceny wyjsciowej. Jak dochodzimy do granicy, goscie nie odpuszczaja ani na milimetr. Poza tym sa doskonale wyszkoleni w swojej sztuce i potrafia wijac sie jak piskoz unikac wycelowanej w nich perswazji. Sztuka uniku. Zwodu. Zmylenia uwagi. Zmiany tematu. Szybkiego kontrataku. Przeciwnik innymi slowy godny.
Zmierzamy niniejszym do konca naszej opowiesci. W ramach zartu, majacego na celu rozladownie emocji wynikajacych z tej zatrwazajacej relacji, mala anegdotka. Ekscelencja Ziola zabrala ze soba kukulki, zeby obdarowac lokalsow, jesli sytuacja tego bedzie wymagala. Problem polega na tym, ze kukulki maja w sobie spirytus, a my jestesmy w kraju muzulmanskim. W zwiazku z powyzszym dysponujemy calkiem sporym zapasem cukierkow na caly wyjazd, nie spodziewam sie, ze uda nam sie z tym wszystkim poradzic. Moze poczestujemy jakies biale ryje jak spotkamy na swojej drodze.
Jesli juz o bialasach mowa - malo ich tutaj sie blaka. Ewedentnie sezon sie skonczyl, w hostelach pelno miejsca, wiec nie mamy problemu ze znalezieniem noclegu (spimy za jakies 4 do 5 euro za noc od lba). Najwiecej widac ludzi ze zorganizowanych wycieczek, takich obszarpancow jak my jest wyraznie mniej.
Rzeklem.
Aha, loklne ludki rozpoznaja, ze jestesmy z Polski po akcencie. Jak nas slysza, krzycza za nami: Spoko Maroko.
Po pierwsze - nie ma swiezo wyciskanych sokow na ulicy, do diaska! Wprawdzie mozna dostac sok w kazdej restauracji dla bialasow, ale nie jest wyciskany na miejscu. Leja toto z duzej butli i nikt poza tworca nie wie skad ten sok pochodzi. Natomiast po opowiesciach spodziewalem sie, ze tutaj na kazdym rogu bedzie jakias wyciskarka, a tymczasem - ku naszemu zaskoczeniu - takowej brak. Nie ma, znaczy sie.
Po drugie - ludzie (zazwyczaj) diabelnie mili i malo naganiaczy. Oczywiscie lokalnej goscinnosci daleko do krajow typu Gruzja czy Iran, niemniej jednak i tak calkiem dobrze gosciom idzie. Na tyle dobrze, ze dzisiaj stwierdzilem, ze panuje tutaj spokoj, cisza i sielanka. Ale - nie chwalmy dnia przed zachodem slonca - to dopiero trzeci dzien, dojechalismy dopiero do Fes bujajac sie wprzody przez medyne Tangieru, zatem przed nami jeszcze kawal drogi i sporo przygod. Zeby jednak nie bylo nadmiaru zachwytu - jak sie gosciom cos nie spodoba, to potrafia rzucic jakas obelge. Wczoraj pewien ludek, ktory chcial nas zaprowadzic do swojego hotelu, a ktory pomimo usilnych staran nic nie wskoral, obrzucil nas inwektywami w jezyku Szekspira.
Moze to wszystko - niedobor sokow i naganiaczy - wynika z faktu, ze sezon sie byl skonczyl i ruch turystyczny zamiera. A moze to kwestia dobrego nastawienia do nagabujacych nas mlodych ludzi.
Zarcie zaiste zajebiste. Harrira, harrisa, b'sara, tajiin zaliczone. Jeszcze mnostwo rzeczy do odkrycia, kuchnia tego kraju wita z otwartymi rekami. Ataj, ataj, ataj! Chwalmy pana lub panow, za obdarowanie ludzkiego plemienia atajem. Czymze jest tajemniczy ataj? Jak zwykle w przypadku dan kompletnych - nic skoplikowanego, to po prostu herbata zielona z tona miety i dwiema tonami curku skompresowanymi w jednej szklance o dosc specyficznym ksztalcie. Ale smaczy, powiadam Wam, smaczy. Zarowno ten ulepek z cukrem jak i - ekstrawagancki jak na lokalne zwyczeje - bez cukru. Konkuruje z indyjskim c'ajem, choc - moim zdaniem - ustepuje mu pierwszenstwa.
W wiekszosci przypadkow targujemy sie jak wilki. Skutecznosc negocjacji w naszym wykonaniu wynosi tutaj 30%, zazwyczaj udaje sie stargowac do jakis 2/3 ceny wyjsciowej. Jak dochodzimy do granicy, goscie nie odpuszczaja ani na milimetr. Poza tym sa doskonale wyszkoleni w swojej sztuce i potrafia wijac sie jak piskoz unikac wycelowanej w nich perswazji. Sztuka uniku. Zwodu. Zmylenia uwagi. Zmiany tematu. Szybkiego kontrataku. Przeciwnik innymi slowy godny.
Zmierzamy niniejszym do konca naszej opowiesci. W ramach zartu, majacego na celu rozladownie emocji wynikajacych z tej zatrwazajacej relacji, mala anegdotka. Ekscelencja Ziola zabrala ze soba kukulki, zeby obdarowac lokalsow, jesli sytuacja tego bedzie wymagala. Problem polega na tym, ze kukulki maja w sobie spirytus, a my jestesmy w kraju muzulmanskim. W zwiazku z powyzszym dysponujemy calkiem sporym zapasem cukierkow na caly wyjazd, nie spodziewam sie, ze uda nam sie z tym wszystkim poradzic. Moze poczestujemy jakies biale ryje jak spotkamy na swojej drodze.
Jesli juz o bialasach mowa - malo ich tutaj sie blaka. Ewedentnie sezon sie skonczyl, w hostelach pelno miejsca, wiec nie mamy problemu ze znalezieniem noclegu (spimy za jakies 4 do 5 euro za noc od lba). Najwiecej widac ludzi ze zorganizowanych wycieczek, takich obszarpancow jak my jest wyraznie mniej.
Rzeklem.
Aha, loklne ludki rozpoznaja, ze jestesmy z Polski po akcencie. Jak nas slysza, krzycza za nami: Spoko Maroko.