Elbrus

To normalna cena, nie możesz taniej!
Wiesz ile kosztuje tutaj benzyna?!
Dolara, kurde, dolara kosztuje!
Pewien taksówkarz podczas targowania ceny przejazdu

Do Mineralnych Wód dotarłem samolotem, by potem, z pomocą opatrzności (bu ha ha), dotrzeć do Nalczyka. Opatrzność (bu ha ha) się przydała, bo bujałem po tych miastach w nocy, tuż przed północą, choć miejsc nie znałem, ludzi nie znałem, o podejściu do innostrańców w tym regionie nic nie wiedziałem, zatem ryzykowałem.
Na szczęście trafiłem na miłego (sic!) taksówkarza w Mineralnych Wodach, który nie dość, że wyjaśnił mi jak jechać w interesujące mnie regiony, to jeszcze obwiózł mnie po mieście, żeby posprawdzać busy odjeżdżające na południe. No i dzięki temu miłemu spotkaniu wsiałem w nocy w busa do Nalczyka, gdzie, zupełnie przypadkiem, okazało się, że jest pewna gastielnica tuż obok dworca. Zaległem w niej zmęczony okrutnie za złotych sto i dziesięć.

Następnego dnia udało się znaleźć busa do Terskola, gdzie byłem umówiony na spotkanie z Polakami z naszej ekipy. I tutaj zaczęła się przygoda górska.

Górę udało się zrobić czysto ekspedycyjnie, czyli od ostatniej wioski nie korzystaliśmy ze zdobyczy cywilizacji. Wszystko wynieśliśmy na górę i znieśliśmy z niej na własnych grzbietach. Spaliśmy w namiotach, a wodę zdobywaliśmy dokopując się do cieków wodnych pod lodem, albo topiąc wodę na gazie. To dodało nieco trudności, bo ta impreza wygląda zupełnie inaczej, jeśli masz pomieszczenie, w którym możesz się ogrzać, rozprostować nogi, zagłębić w ciepłym śpiworze i poczytać lektury. Nam samo topienie wody na atak szczytowy zajęło 1,5 godziny. Podczas tej procedury wypaliliśmy sobie tlen w namiocie i omal nie straciłem przytomności. Mieliśmy mało otworów wentylacyjnych, bo na zewnątrz duło tak, że nie dało się otworzyć klapy. To było małe załamanie pogody, które miało skończyć się w nocy. I rzeczywiście, o godz. 1 rano niebo było czyste.
















Atak szczytowy rozpoczęliśmy około godz. 1:30 w nocy z Priuta, obozowiska na wysokości 4300 m. n.p.m. Mój problem polegał na tym, że oddałem swoje kijki gościowi, który nie miał ze sobą żadnego przyrządu hamującego. A słyszałem, że warto coś takiego mieć na wypadek ujechania ze zbocza. Więc jemu dałem kijki, a sam ruszyłem z czekanem. Wyczerpało mnie to - kije na takim monotonnym podejściu to byłoby zbawienie. Drugim problemem była niedokończona aklimatyzacja. Potrzebowałem jeszcze jednego dnia, żeby było modelowo, ale okno pogodowe się zamykało i nie mogłem czekać. Potem okazało się, że słusznie, bo do końca tygodnia nikt nie wyszedł na górę z powodu silnego wiatru. Tak to już jest w górach. Książki sobie, plany sobie, a scenariusz ataku szczytowego i tak wyznacza góra i jej mniej lub bardziej kapryśna pogoda.

No i jechaliśmy na granicach naszych możliwości kondycyjnych przez 10 godzin na sam szczyt*. Potem kolejne 5, żeby wrócić do namiotu. Tak, to był bardzo długi dzień. Długo go zapamiętam. To będą bardzo fajne wspomnienia.

* na szczycie stanęliśmy dnia 10 września roku pańskiego 2013.