Madagaskar - pieśń na wejście

Ląduję w stolicy Madagaskaru, Antananarivo, po południu, niewiele przed zachodem słońca. Zaleca się unikać biegania po stolycy po zmroku, więc decyduję się zamówić taksi przez hotel i nie prowadzić negocjacji z taksówkarzami na lotnisku. Kupuję w ten sposób swój czas i - mam nadzieję - zwiększam bezpieczeństwo. Bagaże, wiza, kontrola paszportowa przeszły w miarę miękko.

Zabawne, cena za wizę "on arrival" wynosi zawsze 10. Formanie jest to 10 EUR, ale miałem akurat przy sobie funty z poprzedniej wycieczki i chciałem je wydać. Okazuje się, że w funtach tyle samo -10, nie ma znaczenia kurs waluty. Ciekawe czy przyjęliby zatem 10 złotych ;-). W takim razie przeskakuję na płatności kartą, ale tego nie da się wszędzie, więc zmiana okienka, nowa kolejka, nowe jednorazowe znajomości, takie tam.

Na pierwszy rzut oka kraj mniej zorganizowany od niedawno odwiedzonych Seszeli, czy Sri Lanki. Jeździ się po prawej stronie (przy częstych podróżach robi się mętlik w głowie od przestawiania się), dość spontanicznie, ale nie ma głośnego chaosu, jak w niektórych krajach azjatyckich.

Można kupić zdalnie esim tylko do korzystania z internetu, żeby kupić kartę do połączeń telefonicznych - trzeba się udać do sklepu stacjonarnego (kwestie biurokratyczne).

Ciekawe, najbardziej popularne serwisy bookingowe dla hoteli nie są popularne. Jeden z nich wyświetla tylko stolicę, w innych miastach nie ma. Ergo: bardzo potrzebuję karty do połączeń telefonicznych i jutro skoczę do sklepu.

Śpię w jednym z nielicznych backpackerskich hosteli w kraju. Jest vibe, jest dekadencja, choć nowe pokolenie backpackersów redefiniuje tę koncepcję. I bardzo dobrze, miło obserwować taką dynamikę.