Galapagos
Galapagos to takie wyspy. Archipelag, znaczysie ("Znaczysie" to takie twory z archipelagu Desygnatus).
Wyspy są bardzo słabo zaludnione, większa część to park narodowy, do którego mają wstęp tylko naukowcy, no i - rzecz jasna - żółwie. Dla turystów odsłania się jedynie mały rąbek tajemnicy. A tajemnica - niczego sobie, godna swej legendy. Na tej szerokości geograficznej, czyli mniej więcej na równiku (około pół stopnia na południe od tegoż), przyroda jest niezwykle bogata, soczyście wypełnia każdy element systemu. Wyspy wizualnie nadestetyczne, potrzaskane skały gęsto porośnięte zielonym, z daleka złudnie przytulnym kobiercem, po którym jedynie z maczetą przyjdzie się zagubionemu podróżnikowi błąkać. Bo jeśli szlak jest nieprzetarty, to do przejścia absolutnie się nie nadaje - wszelkiego rodzaju trawy, krzaki, drzewa i inne okazy zarówno autochtonicznej jak i gościnnie tutaj występującej flory zajmują każdy skrawek żyznej, wulkanicznej gleby; a wszystko poplątane, pogęstwione, pogmatwane, tworzy naturalną przeszkodę, przez którą na siłę drzeć trzeba.
Zwierząt tutaj bez liku, a ludzi się nie boją. Na plażach wylegują się iguany, w zatoce, tworzącej naturalny port na jednej z wysp, pływają płaszczki, lwy morskie, ryby wszelkiej maści, po kamieniach bujają się czerwone kraby i inne pomniejsze jaszczurki. Niedawno podczas nurkowania na dnie wypatrzyłem żółtego węża morskiego - jak się (oczywiście po fakcie) dowiedziałem lokalna wieść niesie, iż niebezpieczny, ale atawistyczny strach przed wszelkiego rodzaju gadem pełzającym nie pozwolił mi się do niego zbliżyć, więc - pomimo że nieświadomy - pozostałem bezpieczny. Innego dnia podczas kąpieli omal nie wstąpiłem na płaszczkę. Leżała bezczelnie na dnie i udawała inne kamienie.
Poszedłem ja pewnego dnia w lokalne góry. Niebotyczne szczyty, wulkaniczne turnie sięgające zatrważającej wysokości ośmiuset metrów nad poziomem morza... Jednak pamiętajmy, że mówimy tutaj o górach wystających bezpośrednio z morza, czyli z absolutnego zera wysokościowego, zatem patrząc na bardziej adekwatne w tej sytuacji wysokości względne, zdobycie jednego z lokalnych wulkanów jest mniej więcej analogiczne do trasy z Kuźnic na Giewont (przynajmniej ze względu na samo przewyższenie, jeśli nie ze względu na trudność). Góry tutaj chyba mało popularne, gdyż ponieważ ścieżki wprzódy wydeptane, pożarła znowu lokalna dżungla. Spędziłem kilka ładnych godzin w równikowym deszczu, spowity chmurami utrzymującymi się nad deptanym wulkanem, przedzierając się przez trawy tu i ówdzie po szyję sięgające. Tak, to był wspaniały dzień.
Z ciekawostek - jest tutaj na tyle ciepło i wilgotno, że butelki wyciągnięte z lodówki pocą się okrutnie, dlatego w restauracjach podstawowym dodatkiem do piwa jest serwetka, która zmyślnie zawiązana na szyjce ma przynajmniej częściowo powstrzymać rosotok. W porównaniu do kontynentu ulice tutaj są bezpieczne, a ludzie mili jak diabli, choć mało egzaltowani. Takie sobie senne miasteczko, w którym czas płynie powoli i bez nadmiernego stresu.
Lokalsi są bardzo restrykcyjni jeśli chodzi o owoce, warzywa, pestki i wszelkie inne elementy, które mogłyby zaszczepić nowy gatunek roślin na wyspach. Roślin, które mogłyby wyprzeć liczne na tym archipelagu endemity. Idea szlachetna i, być może - słuszna. Osobiście jednak myślę, że największym przekleństwem dla lokalnego ekosystemu było zaszczepienie tutaj nieendemicznego gatunku zwanego homo rzekomo sapiens.
Wyspy są bardzo słabo zaludnione, większa część to park narodowy, do którego mają wstęp tylko naukowcy, no i - rzecz jasna - żółwie. Dla turystów odsłania się jedynie mały rąbek tajemnicy. A tajemnica - niczego sobie, godna swej legendy. Na tej szerokości geograficznej, czyli mniej więcej na równiku (około pół stopnia na południe od tegoż), przyroda jest niezwykle bogata, soczyście wypełnia każdy element systemu. Wyspy wizualnie nadestetyczne, potrzaskane skały gęsto porośnięte zielonym, z daleka złudnie przytulnym kobiercem, po którym jedynie z maczetą przyjdzie się zagubionemu podróżnikowi błąkać. Bo jeśli szlak jest nieprzetarty, to do przejścia absolutnie się nie nadaje - wszelkiego rodzaju trawy, krzaki, drzewa i inne okazy zarówno autochtonicznej jak i gościnnie tutaj występującej flory zajmują każdy skrawek żyznej, wulkanicznej gleby; a wszystko poplątane, pogęstwione, pogmatwane, tworzy naturalną przeszkodę, przez którą na siłę drzeć trzeba.
Zwierząt tutaj bez liku, a ludzi się nie boją. Na plażach wylegują się iguany, w zatoce, tworzącej naturalny port na jednej z wysp, pływają płaszczki, lwy morskie, ryby wszelkiej maści, po kamieniach bujają się czerwone kraby i inne pomniejsze jaszczurki. Niedawno podczas nurkowania na dnie wypatrzyłem żółtego węża morskiego - jak się (oczywiście po fakcie) dowiedziałem lokalna wieść niesie, iż niebezpieczny, ale atawistyczny strach przed wszelkiego rodzaju gadem pełzającym nie pozwolił mi się do niego zbliżyć, więc - pomimo że nieświadomy - pozostałem bezpieczny. Innego dnia podczas kąpieli omal nie wstąpiłem na płaszczkę. Leżała bezczelnie na dnie i udawała inne kamienie.
Poszedłem ja pewnego dnia w lokalne góry. Niebotyczne szczyty, wulkaniczne turnie sięgające zatrważającej wysokości ośmiuset metrów nad poziomem morza... Jednak pamiętajmy, że mówimy tutaj o górach wystających bezpośrednio z morza, czyli z absolutnego zera wysokościowego, zatem patrząc na bardziej adekwatne w tej sytuacji wysokości względne, zdobycie jednego z lokalnych wulkanów jest mniej więcej analogiczne do trasy z Kuźnic na Giewont (przynajmniej ze względu na samo przewyższenie, jeśli nie ze względu na trudność). Góry tutaj chyba mało popularne, gdyż ponieważ ścieżki wprzódy wydeptane, pożarła znowu lokalna dżungla. Spędziłem kilka ładnych godzin w równikowym deszczu, spowity chmurami utrzymującymi się nad deptanym wulkanem, przedzierając się przez trawy tu i ówdzie po szyję sięgające. Tak, to był wspaniały dzień.
Z ciekawostek - jest tutaj na tyle ciepło i wilgotno, że butelki wyciągnięte z lodówki pocą się okrutnie, dlatego w restauracjach podstawowym dodatkiem do piwa jest serwetka, która zmyślnie zawiązana na szyjce ma przynajmniej częściowo powstrzymać rosotok. W porównaniu do kontynentu ulice tutaj są bezpieczne, a ludzie mili jak diabli, choć mało egzaltowani. Takie sobie senne miasteczko, w którym czas płynie powoli i bez nadmiernego stresu.
Lokalsi są bardzo restrykcyjni jeśli chodzi o owoce, warzywa, pestki i wszelkie inne elementy, które mogłyby zaszczepić nowy gatunek roślin na wyspach. Roślin, które mogłyby wyprzeć liczne na tym archipelagu endemity. Idea szlachetna i, być może - słuszna. Osobiście jednak myślę, że największym przekleństwem dla lokalnego ekosystemu było zaszczepienie tutaj nieendemicznego gatunku zwanego homo rzekomo sapiens.