Pacyfikacja
Oto wycinki z dziennika pokładowego:
(...)
Dzisiaj widzieliśmy wielu przedstawicieli
lokalnej fauny i
folklory. Z fauny odwiedziły nas – wprawdzie z dystansu – delfiny, dwa
rekiny i jeden niezidentyfikowany obiekt kroczący po wodzie. Może to
była ryba, może początkujący Chrystus, dość powiedzieć, że to coś było
małe i
kroczyło, a właściwie biegło po falach nieopodal naszej łajby. Z folklory
widzieliśmy dwie lodówki (sic!), ale w środku nie było zmrożonej lemoniady z kocimiętką, więc
trochę
zrzedły nam miny. Jak każda rzecz, również dzisiejsze objawienie fauny
ma
swoje dwie przeciwstawne strony. Dobrą stroną jest sam fakt obcowania ze
światem zwierząt.
Zła wiadomość jest taka, że nie popływamy na pełnym oceanie z powodu
organoleptycznie udowodnionej obecności rekinów. I to całkiem
dużej populacji, jeśli w ciągu 12 godzin wypatrzyliśmy dwa osobniki.
(...)
(...)
[o delfinach] To strasznie
pocieszne stworzenia. Jedynie ciemne szramy blizn po zębach, bo przecież nie
pazurach (wszak najbliższy niebezpieczny pazur jest oddalony od tego miejsca o
kilkaset mil morskich) wskazują, że te granatowe głębiny są areną permanentnej
wojny, walki na śmierć i życie, a te sympatyczne z wyglądu i zachowania
zwierzaki są - zapewne aktywnym - podmiotem tejże.
(...)
Ustaliliśmy kolejność i czas trwania wacht. Wachty
są
prowadzone przez załogę, kapitan nie uczestniczy w cyklu – jego warta,
zważywszy
na to, że załoga to żółtodzioby, trwa 24 godziny na dobę. Dla każdego osobnika spośród
czteroosobowej grupy świeżaków, jedna wachta trwa 3,5 godziny, co oznacza, że
każdy żyje w cyklu:
3,5 godziny wachty, 10,5 godziny odpoczynku. Niezależnie od pory dnia i nocy.
(...)
Podczas nocnej wachty przypłynęły do mnie
delfiny. Pływały przy burcie, to z jednej, to z drugiej strony. Była
bezksiężycowa noc, ciemno,
choć oko wykol. Dookoła cisza poharatana dźwiękami łódki i okraszona
śpiewem
delfinów. Zwierzaki były bardzo blisko, słyszałem ich oddechy i śpiew,
ale nie mogłem ich zobaczyć. Zanurzony w atramentowej nocy, z
niepotrzebnie szeroko
otwartymi – bo niewidzącymi – oczami byłem
otoczony stworami z innego świata: sapiącymi, groźnymi?łagodnymi potworami?pluszakami...
(...)
Pływanie na oceanie to doświadczenie deprywacyjne. Łódka
jest pośrodku ograniczonej w swym zasięgu krainy składającej się z jednego
czarnego spodka przykrytego durszlakiem nieba. Na samym środku tego czarnego
spodka tkwi nasza łódka – centrum wszechświata zamieszkałego przez pięć bioosobników
zaklętych w codziennym rytualne ograniczonych w swej różnorodności, powtarzalnych
i często monotonnych czynności. Łódka przemieszcza się w spodkonieskończoności, a dookoła nic się
nie zmienia. Wciąż jesteśmy w centrum spodkokształtnego
świata z durszlakowym kapeluszem. Dzisiaj jest tak samo jak wczoraj. I wiecie
co? Jutro też będzie tak samo jak dzisiaj! Wizualny łódkocentryzm. Wszechświat liczony w metrach.
(...)
Dzisiaj przypłynęły ryby. Po tylu dniach udało się wreszcie
upolować dwie małe sztuki. Przyrządziliśmy je w odpowiedniej marynacie i
pożarliśmy na surowo. Twarde z nas bydlaki, żądni krwi zabójcy. Rybobójcy,
gwoli ścisłości.
Siedzieliśmy w kokpicie i jedliśmy najświeższą rybę na
świecie ze świeżo upieczonym chlebem. Lepiej niż w domu. Ale, ale – jak
powiadają niektórzy – przecież ja nie mam domu...
(...)
Łajba
wydaje przeróżne dźwięki. Z biegiem czasu przyzwyczajasz się do nich i nie
zwracasz uwagi. Ale każdy nieznajomy dźwięk, który nie pasuje do wcześniej
zintegrowanego schematu, brzmi jak wystrzał armatni i zwraca na siebie
momentalnie uwagę. Dla przykładu: cały takielunek, sznurki, linki, szekle,
karabinki, bomy i inne urządzenia, których nazwy nie pomnę, tłuką się bez
przerwy i bez opamiętania, maszty wzmacniają te dźwięki i jeszcze nieco dodają
od siebie. Klekot-chrobot-demoniczny jęk. Po jakimś czasie nie zwracasz uwagi na tę rytmiczną kakofonię. Ale
jak zostawisz coś na stole, np. kubek, który o coś regularnie uderza – od razu
to poprawisz, bo akurat ten klekot... irytuje ;-). Albo dla przykładu dźwięk
takiej okaryny, którą swego czasu uruchomił Spencer w swojej kajucie... Przy
pierwszym nieśmiałym, notabene niezbyt dobrze wydobytym pisku, wszyscy od razu
podnieśli głowy, a nasz nie do końca okrzesany kapitan rzucił zdziwiony: ‘Co
to, kurwa, jest?’.
(...)
Mamy już późny wieczór. Nie mam zielonego pojęcia która to
godzina, gdyż ponieważ przekraczamy kolejne strefy czasowe, a na zegarkach wciąż czas
Panamy. Którą godzinę ustawić? Nie wiadomo, wszak jutro możemy przenieść się do
innego, zupełnie nowego i jakże umownego z naszej perspektywy czasu. Czy to ma
jakikolwiek znaczenie? Równie dobrze możemy opracować własny system oznaczania
pór dnia i nocy, przecież przeszliśmy na dobę dzieloną na czas wachty i czas
odpoczynku. To jest rytm, który ustala kolejne etapy życia. Reszta, wszelkie
umowy świata, gry i zabawy mocarstw i pomniejszych płotek, gdzieś tam poza naszym zasięgiem - nie mają znaczenia.
(...)
A jednak pływaliśmy w niebieskich odmętach! Dzisiaj
ocean jest wyjątkowo – nomen omen – "spokojny", więc pozwoliliśmy sobie na chwile
rozkoszy z kilkoma tysiącami metrów wody pod stopami. Miałem trochę mieszane
uczucia po naszych uprzednich – wprawdzie wizualnych, ale jednak dość bliskich
– spotkaniach z rekinami, jednak pomimo to wskoczyłem do wody. Przyznam, że
gdybym miał na sobie portki, to byłyby – jak przysłowie każe – pełne strachu. A
tak – niewidzialny strach, nieograniczony żadnym ziemskim tekstylium rozszedł
się w eterze popłochu na co najmniej 4 mile morskie. Na szczęście nic nas nie
zaatakowało. Popływaliśmy - dla zachowania złudnego bezpieczeństwa - nie
oddalając się zanadto od łajby; wróciliśmy szczęśliwsi.
(...)
Dzień w dzień towarzyszą nam burze. Zbliżamy się powoli do
równika, pewnie tutaj to standard pogodowy w tej części roku. Obserwujemy
wyładowania elektryczne z daleka, często pozbawione dźwięku rozbłyski w
chmurach. Na szczęście w samo centrum wpakowaliśmy się niewiele razy. Wprawdzie
dawno temu pewien kapitan żeglugi wielkiej powiedział mi, że ‘w statki nigdy
nie wali’, ale wolałbym tego na własnej skórze nie sprawdzać. Aha, mamy
odgromniki, zeusochrony, więc coś jest na rzeczy – gdyby nie były potrzebne, to
nikt by ich nie montował ;-).
(...)
Jedenastej nocy przebliśmy przez równik. To ponoć ważne wydarzenie w życiu początkującego żeglarza. Ja się ucieszyłem.
(...)
Na oceanie widać krzywiznę ziemi. Odległe chmury wystają
spod powierzchni morza – widzisz ich szczyty, ale nie widzisz początku.
Nie ma tutaj prawie żadnych przejawów ludzkiej tkanki. Od
mniej więcej pięciu dni widzieliśmy jeden żaglowiec, jeden statek i dwa
samoloty. Cała reszta to ptaki, delfiny, ryby i woda. Natura, znaczy się.
(...)
Wieczorem zgubiłem okulary. Poszły w toń, powoli zagłębiały
się w niebieskiej dziurze, skoczyłem za nimi, ale przepadły, rozpłynęły w
ciemności szybko zapadającego zmierzchu głębin.
(...)
Jeszcze
raz o luminescencji. To
nieprawdopodobne zjawisko. Siedziałem niedawno na pokładzie, słuchałem
muzyki i
wpatrywałem się w czarną toń wody za burtą, która co rusz rozświetlała
się
przeróżnymi zielonkawymi błyskami. Załamujące się szczyty fal, ryby,
podpływające do nas delfiny - dowolna forma ruchu wzbudza zielonkawą
poświatę, burzę liściastych
iskierek, które nikną powoli w oddali. Pewnej nocy - nocy przejścia
przez równik - zobaczyłem wielką zieloną, amorficzną plamę, która
zmieniając dynamicznie kształty zbliżała się do łódki i zniknęła pod
pokładem, wychodząc z drugiej strony już w całkiem innej formie... To
była zapewne duża ławica ryb, niemniej jednak robiła wrażenie i
dreszczyk emocji został wzbudzony. Podczas ostatniej nocy na łajbie -
czyli bardzo blisko lądu - przypłynęły do nas delfiny w postaci
wielkich, zielonych węży, pocisków meandrujących wzdłuż burt.
Nieprawdopodobne.
(...)
Leżę na pokładzie na wznak słuchając muzyki. Nade mną łopocze czerń nieba
rozdrapywana białymi pazurami spadających gwiazd, a szczyt naszego masztu
wyznacza w nieskoordynowany sposób skomplikowane ścieżki naszego podszytego benzyną
po(d)stępu. Cisza na oceanie – wygląda to jak wielka kałuża, gładka tafla bez
zmarszczki. Idziemy na silniku, a łajba - paradoksalnie - koleboce.
(...)
Ziemia na horyzoncie. Galapagos! A dób żeglugi dwanaście.