Podróż
Po 36 godzinach podróży, nieco okraszonych przygodą, dotarłem do Moshi, miejscowości leżącej na północnych stokach Kilimandżaro.
Zabawa zaczęła sie w pociągu relacji Kraków-Poznań. Nasz przewoźnik, znany z tego, że dba o odpowiedni poziom rozrywki dla swoich klientów, teraz również nie zawiódł. W połowie pociągu, którą wylosowałem, nie działało ogrzewanie, a w trakcie jazdy nie dało się przejść do sąsiedniej połówki. Zatem po zajęciach z krioterapi miałem krótki sprint po peronie, a połowa jednostki została odłączona.
Potem gosc, ktory mial mnie zawiezc w nocy na lotnisko w Berlinie zadzwonil i niefrasobliwie poinformowal mnie, ze zmienila sie godzina odjazdu busa. W rezultacie na lotnisku bylem na styk, obgryzwlszy swoje palce wprzody. Linie lotnicze rowniez nie proznowaly. Samolot relacji Amsterdam - Nairobi odlecial z opoznieniem godzina i dwadziescia minut, czyli dokladnie tyle, ile mialem na przesiadke na samolot do Moshi. Jak latwo sie domyslic ledwie zdazylem i po raz pierwszy zmusilem sluzby lotniskowe do wywolania mojego imienia (nazwiska sie nie pokusili) przez megafon "Mr Jakob, Mr Jakob, flying to... is requested...".
Na zakonczenie przygody moj bagaz zostal przez przewoznika zgubiony, a Dullah, ktory mial na mnie czekac na lotnisku - nie czekal. W rezultacie zostalem sam, o 12 w nocy, bez bagazu, wody i innych wrazych w takich okolicznosciach utensyliow. Za moimi plecami trzasnela brama zamykanego na noc lotniska, a ja wpatrywalem sie w mrok afrykanskiej nocy wsluchujac sie w spiew swierszczy...
Na szczescie po jakims sensownym czsaie Dullah przyjechal i zawiozl mnie do umowionego hotelu (lotnisko jest oddalone od Moshi o jakies 50km).
Zabawa zaczęła sie w pociągu relacji Kraków-Poznań. Nasz przewoźnik, znany z tego, że dba o odpowiedni poziom rozrywki dla swoich klientów, teraz również nie zawiódł. W połowie pociągu, którą wylosowałem, nie działało ogrzewanie, a w trakcie jazdy nie dało się przejść do sąsiedniej połówki. Zatem po zajęciach z krioterapi miałem krótki sprint po peronie, a połowa jednostki została odłączona.
Potem gosc, ktory mial mnie zawiezc w nocy na lotnisko w Berlinie zadzwonil i niefrasobliwie poinformowal mnie, ze zmienila sie godzina odjazdu busa. W rezultacie na lotnisku bylem na styk, obgryzwlszy swoje palce wprzody. Linie lotnicze rowniez nie proznowaly. Samolot relacji Amsterdam - Nairobi odlecial z opoznieniem godzina i dwadziescia minut, czyli dokladnie tyle, ile mialem na przesiadke na samolot do Moshi. Jak latwo sie domyslic ledwie zdazylem i po raz pierwszy zmusilem sluzby lotniskowe do wywolania mojego imienia (nazwiska sie nie pokusili) przez megafon "Mr Jakob, Mr Jakob, flying to... is requested...".
Na zakonczenie przygody moj bagaz zostal przez przewoznika zgubiony, a Dullah, ktory mial na mnie czekac na lotnisku - nie czekal. W rezultacie zostalem sam, o 12 w nocy, bez bagazu, wody i innych wrazych w takich okolicznosciach utensyliow. Za moimi plecami trzasnela brama zamykanego na noc lotniska, a ja wpatrywalem sie w mrok afrykanskiej nocy wsluchujac sie w spiew swierszczy...
Na szczescie po jakims sensownym czsaie Dullah przyjechal i zawiozl mnie do umowionego hotelu (lotnisko jest oddalone od Moshi o jakies 50km).