Birma - pierwsze wrażenia

Po 32 godzinach podróży (nie licząc zabaw pociągiem w PL) dotarliśmy do Yangonu. Jest parno, ciepło i przyjemnie. Na ulicach panuje azjatycki rozgardiasz, choć mam niejasne wrażenie, że chaos drogowy czasy świetności ma tutaj już za sobą.

O dziwo po ulicach poruszają się całkiem słuszne bryczki, głównie japońskiego pochodzenia, a kierowcy respektują w miarę dobrze przepisy ruchu ulicznego. Jeździ się po prawej stronie, ale nad wyraz dużo wehikułów kierownicę ma przygotowaną do lewostronnego systemu. To efekty gier i zabaw dziecięcych z przepisami drogowymi, które - jak ktoś mi szepnął - całkiem niedawno się zmieniły. Na prawowicie prawe.

Moda na ulicach jest swobodna, choć stonowana. Kobiety głównie bujają w długich spódnicach. Mężczyźni też. A ściślej - mężczyźni chodzą okutani długą chustą od bioder po ziemię. Dość praktyczne jak na ten klimat. Można się tutaj spocić od samego myślenia, więc przewiewne ciuchy są całkiem, całkiem fajnym pomysłem.

Jesteśmy po pierwszej wieczerzy. Curry, warzywa i mnóstwo owadów wpadających do półmiska. Do tego lager lokalny i szeroki uśmiech karczmarza. Jutro będziemy wiedzieć, czy ta mieszanka to był dobry pomysł.