Inle Lake
Nad jeziorem Inle życie płynie wolno. Jezioro otoczone jest mokradłami, połaciami szuwarów, że trudno właściwie wyznaczyć jego jednoznaczną granicę. Taka granica rozmyta. Możemy się umówić, że jezioro zaczyna się tam, gdzie musisz zamienić kalosze na łódkę. Między szuwarami wyznaczone są wąskie trasy przelotowe, coś w rodzaju niebrukowanych ulic, na których mieszczą się co najwyżej dwie łódki. Wioski to małe wysepki domów postawionych wysoko na palach – kilka metrów nad powierzchnią wody. Każdy dom ma własną mikro-przystań pod podłogą i schodki na górę. Wszystkie łódki wyglądają tak samo – wrzecionowate, długie, z ogłuszającym silnikiem. Jak ktoś słusznie zauważył – to jezioro przed erą silników musiało być oazą spokoju. Totalna cisza. Teraz w okolicach głównych kanałów hałas potrafi zagłuszyć myśli. Łódkę ponoć robi się miesiąc z drewna przynoszonego z gór. A kupić ją można za 2000 dolarów. Wydaje się bardzo drogo jak na lokalne ceny.
Na powierzchni jeziora pływają ogrody. Nie wiem jak to jest zamocowane, ale uprawiają tam pomidory i inne źródła błonnika. Nad jeziorem kwitnie rzemiosło – widzieliśmy zakład tkacki, manufakturę cygarotwórczą, kowala. Co ciekawe wyrabiają tam ciuchy z włókna lotosowego. Ponoć (choć ciekawe czy aby na pewno) to jedyne takie miejsce na naszym padole łez. Łodyga lotosu przecięta na pół wydziela lepki sok, który tężeje i zamienia się we włókno. Potem z tego robi się odzienie przeróżne. Pracochłonne to i czasochłonne, ale efekty są ciekawe.
Nad Inle kwitnie przemysł turystyczny w specyficznej formie; formie przejściowej. Ledwo otworzyli sobie granice, więc przemysł adresowany tylko pod turystów jeszcze się w pełni nie rozwinął. Zatem atrakcje pokazywane przybyszom szukającym zapachu orientu to lokalne, prawdziwe manufaktury (jak rzeczony zakład tkacki, albo cygarotwórnia), które produkują swoje rzeczy na sprzedaż na lokalnym rynku, a przy okazji pokazują kawałek produkcji turystom. Do rozwarstwienia pomiędzy prawdziwym życiem a tym co się pokazuje turystom jeszcze tutaj dojdzie. Choć droga ku temu niedaleka, o wiele krótsza niż np. w takiej Etiopii. W tajemnicy wam powiem, że odniosłem wrażenie, że lokalni agenci turystyczni specjalnie wynajmują dwóch rybaków, którzy o poranku stoją u wylotu z portu i wykonują akrobacje specjalnie dla turystów ;-) Dopiero potem zaczynają się prawdziwi rybacy, którzy po prostu wykonują swoją codzienną pracę. Tak swoją drogą technika łowienia tutaj to akrobacja. Rybak stoi na końcu łódki na jednej nodze, drugą ma oplecioną wokół wiosła i trzyma ją nad wodą. W ręce trzyma duży kosz-siatkę na ryby, drugą ręką stabilizuje wiosło. No i taki jednonożny, jednopłetwowy układ potrafi efektywnie łowić ryby. Ciekawe.
... a tymczasem w hostelu posprzątali nam pokój. Wszystkie koszulki poukładane w kosteczkę ;-).
Na powierzchni jeziora pływają ogrody. Nie wiem jak to jest zamocowane, ale uprawiają tam pomidory i inne źródła błonnika. Nad jeziorem kwitnie rzemiosło – widzieliśmy zakład tkacki, manufakturę cygarotwórczą, kowala. Co ciekawe wyrabiają tam ciuchy z włókna lotosowego. Ponoć (choć ciekawe czy aby na pewno) to jedyne takie miejsce na naszym padole łez. Łodyga lotosu przecięta na pół wydziela lepki sok, który tężeje i zamienia się we włókno. Potem z tego robi się odzienie przeróżne. Pracochłonne to i czasochłonne, ale efekty są ciekawe.
Nad Inle kwitnie przemysł turystyczny w specyficznej formie; formie przejściowej. Ledwo otworzyli sobie granice, więc przemysł adresowany tylko pod turystów jeszcze się w pełni nie rozwinął. Zatem atrakcje pokazywane przybyszom szukającym zapachu orientu to lokalne, prawdziwe manufaktury (jak rzeczony zakład tkacki, albo cygarotwórnia), które produkują swoje rzeczy na sprzedaż na lokalnym rynku, a przy okazji pokazują kawałek produkcji turystom. Do rozwarstwienia pomiędzy prawdziwym życiem a tym co się pokazuje turystom jeszcze tutaj dojdzie. Choć droga ku temu niedaleka, o wiele krótsza niż np. w takiej Etiopii. W tajemnicy wam powiem, że odniosłem wrażenie, że lokalni agenci turystyczni specjalnie wynajmują dwóch rybaków, którzy o poranku stoją u wylotu z portu i wykonują akrobacje specjalnie dla turystów ;-) Dopiero potem zaczynają się prawdziwi rybacy, którzy po prostu wykonują swoją codzienną pracę. Tak swoją drogą technika łowienia tutaj to akrobacja. Rybak stoi na końcu łódki na jednej nodze, drugą ma oplecioną wokół wiosła i trzyma ją nad wodą. W ręce trzyma duży kosz-siatkę na ryby, drugą ręką stabilizuje wiosło. No i taki jednonożny, jednopłetwowy układ potrafi efektywnie łowić ryby. Ciekawe.
... a tymczasem w hostelu posprzątali nam pokój. Wszystkie koszulki poukładane w kosteczkę ;-).