Rzecz o Havanie
Stara Hawana zapiera dech w piersiach. Architektonicznie
fantastyczna, chodzimy po starym mieście z głowami zadartymi do góry i
oglądaliśmy to coś. Świat w połowie drogi pomiędzy ‘zrujnowanym’ a
‘odrestaurowanym’. Coś jak krakowski Kazimierz przed dwudziestu (paru) laty. Co siódma
kamienica z odmalowaną elewacją, z całej reszty odpada tynk. Albo został sam
szkielet, a w środku dziura. Albo sama przednia elewacja.
I wszędzie trwają
prace budowlane. Pierwszego dnia obudził nas gustowny dźwięk młotów
pneumatycznych nastrojonych na dźwięk DEMOL, w skrócie, z pieszczotliwym zdrobnieniem: demolka. Na szczęście byliśmy zmęczeni jak psy po ponad 24 godzinach podróży,
więc nie przeszkodziło to nam w odpoczynku.
Po ulicach bujają się stare samochody. I nowe. Mieszanka, tygiel, gdzie nowy sprzęt stoi obok jakiegoś tam cudeńka ze stanów lat pięćdziesiątych.
Na ulicach panuje pełny relaks. Ludzie są wyluzowani i
powoli sobie płyną. Głównym scenarzystą jest tutaj temperatura, która, przynajmniej
wczoraj, sięgała 35 stopni w celsjuszu. Tak, tutaj się pływa, nie chodzi.
Ludzie się do nas uśmiechają, są pomocni. I przy okazji mnóstwo mają do zaoferowania. To sklepik, to restaurację, to inne dobroci. Ale nie są natarczywi. Po prostu reklamują.
Dbają tu o nas. Jak
chodzimy po muzeum, pokazują nam gdzie jeszcze trzeba iść. Nie patrzą obojętnie
jak mijamy jakiś ważny element. W muzeum rewolucji zadbali o to, żebyśmy na
pewno zobaczyli wystawę wehikułów używanych podczas rewolucji, jeszcze ze
śladami kul na karoserii. W tym tamtym muzeum baszty, czy fortu, wpuścili nas
na wierzę z dużym dzwonem. Którym można było zadzwonić.
Na ulicach królują stroje plażowe. Bo jakże inaczej nazwać super-skompe-różowo-pomarańczowe-wdzianko-królowej, które tu i ówdzie noszą lokalne dziewczęta (i jeden tańczący trans)?
