Mongolia - Nie daj się przejechać na wodzie
Fragment z pamiętnika.
Mongolia, dzień 7.
Leniwy poranek, dzień dziecka. Zaczynam godzinę później niż zazwyczaj. Bujam dalej na południe, wieczorem docieram do wylotu zatoki, około 10 kilometrów od całkowicie całkowitego celu mojej wycieczki. Mam już 150, może więcej, kilometrów w nogach.
U wylotu zatoki spory ruch - jezioro jak zamarznięte, to udrożnione. Jeżdżą jakieś pojazdy to tu to tam. Zatem wiczorne ćwiczenie polega na tym, żeby dobrze wybrać miejsce na spanie. Nie chciałbym przejść do historii jako pierwszy człowiek, który został przejechany przez samochód... na wodzie. Fakt, że zamarzniętej, ale jednak - byłby to wyjątkowo wątpliwej jakości żart losu.
Podchodzę blisko brzegu, widzę szczelinę i postawione na sztorc kry, obok ochrania to półwysep. Wygląda na miejsce idealne. Nie da się wjechać rozpędzonym samochodem. No i - co ważne - nie rzucam się w oczy.
Ledwie to pomyślałem, na scenę wjeżdża motor, taki z gondolą, czy jak jej tam. Schodzi parka i zaczyna grzebać w lodzie jakieś 50 metrów ode mnie. Chyba mają tam dziurę na ryby. Oczywiście rzucam się im w oczy. Gadamy na migi, cześć, co porabiasz, nie za zimno, miej się dobrze, super łowienia ryb, no to na razie.
Czytam. Błyska. Chyba strzelili czymś w tym lodzie żeby dziura lepsza. Pyr, pyr, pyr. Pojechali.
Mongolia, dzień 7.
Leniwy poranek, dzień dziecka. Zaczynam godzinę później niż zazwyczaj. Bujam dalej na południe, wieczorem docieram do wylotu zatoki, około 10 kilometrów od całkowicie całkowitego celu mojej wycieczki. Mam już 150, może więcej, kilometrów w nogach.
U wylotu zatoki spory ruch - jezioro jak zamarznięte, to udrożnione. Jeżdżą jakieś pojazdy to tu to tam. Zatem wiczorne ćwiczenie polega na tym, żeby dobrze wybrać miejsce na spanie. Nie chciałbym przejść do historii jako pierwszy człowiek, który został przejechany przez samochód... na wodzie. Fakt, że zamarzniętej, ale jednak - byłby to wyjątkowo wątpliwej jakości żart losu.
Podchodzę blisko brzegu, widzę szczelinę i postawione na sztorc kry, obok ochrania to półwysep. Wygląda na miejsce idealne. Nie da się wjechać rozpędzonym samochodem. No i - co ważne - nie rzucam się w oczy.
Ledwie to pomyślałem, na scenę wjeżdża motor, taki z gondolą, czy jak jej tam. Schodzi parka i zaczyna grzebać w lodzie jakieś 50 metrów ode mnie. Chyba mają tam dziurę na ryby. Oczywiście rzucam się im w oczy. Gadamy na migi, cześć, co porabiasz, nie za zimno, miej się dobrze, super łowienia ryb, no to na razie.
Czytam. Błyska. Chyba strzelili czymś w tym lodzie żeby dziura lepsza. Pyr, pyr, pyr. Pojechali.
