Mongolia - rzecz o dźwiękach jeziora
Fragment z pamiętnika.
Mongolia - rzecz o dźwiękach jeziora.
Jezioro cały czas gada. Wydaje przeróżne dźwięki, wystukuje całą gamę. Charakterystyka opowieści zmienia się w ciągu dnia. Strzela jak z pistoletu, sucho i krótko, czasem odpala armatę, jedzie głębokimi basami, a dźwięk majestatycznie przetacza się po tafli. Znowuż zmienia ton i idzie w dźwięki blachy falującej na wietrze. Gongiem mi tu pomiata.
Trzaska. Huczy. Trzeszczy. Bulgocze. Oj tak, stale bulgocze. Przypomina, że pod spodem, pod lodem - znaczy się - jest całkiem płynna woda. Taka zwykła, mokra, którą - żeby uzyskać - muszę wytapiać ze swojej podłogi. Czyli tafli, po której chodzę.
W ciągu dnia dominują armaty, blachy i pistolety. Wieczorem sprawa się zmienia, po zachodzie słońca robi się od razu zimno. I wtedy pęka wierzchnia warstwa, takie pierwsze pięć centymetrów. Ale pęka wszędzie i w tym samym czasie. Robi się klekot. Jezioro klekocze; cały wieczór tak robi.
Przypomina mi to stado krabów przechodzących przez asfaltową jezdnię. Jak na Kubie, całkiem kiedy indziej i całkiem w innych okolicznościach przyrody. I tego.
Mongolia - rzecz o dźwiękach jeziora.
Jezioro cały czas gada. Wydaje przeróżne dźwięki, wystukuje całą gamę. Charakterystyka opowieści zmienia się w ciągu dnia. Strzela jak z pistoletu, sucho i krótko, czasem odpala armatę, jedzie głębokimi basami, a dźwięk majestatycznie przetacza się po tafli. Znowuż zmienia ton i idzie w dźwięki blachy falującej na wietrze. Gongiem mi tu pomiata.
Trzaska. Huczy. Trzeszczy. Bulgocze. Oj tak, stale bulgocze. Przypomina, że pod spodem, pod lodem - znaczy się - jest całkiem płynna woda. Taka zwykła, mokra, którą - żeby uzyskać - muszę wytapiać ze swojej podłogi. Czyli tafli, po której chodzę.
W ciągu dnia dominują armaty, blachy i pistolety. Wieczorem sprawa się zmienia, po zachodzie słońca robi się od razu zimno. I wtedy pęka wierzchnia warstwa, takie pierwsze pięć centymetrów. Ale pęka wszędzie i w tym samym czasie. Robi się klekot. Jezioro klekocze; cały wieczór tak robi.
Przypomina mi to stado krabów przechodzących przez asfaltową jezdnię. Jak na Kubie, całkiem kiedy indziej i całkiem w innych okolicznościach przyrody. I tego.
