Mongolia - Wizytacja na tafli

Fragment z pamiętnika.
Mongolia - Dzień 5, wieczór - Wizytacja na tafli

Odchodzę od mojej wyspy na kilka kilometrów. Przenoszę się bliżej wschodniego, bardziej dzikiego brzegu. Powoli czas na bicie namiotu. Wyszukuję w miarę równy kawałek lodu pomiędzy zamarzniętymi krami. Rozbebeszam plecak, wyciągam namiot i inne klamoty.

Z daleka, pewnikiem koło kilometra, widzę dwa samochody jadące po zamarzniętej tafli; zatrzymują się i powoli obracają w moim kierunku. Debatują. W końcu decyzja - jadą do mnie. Wychodzą z samochodów. Czterech. Oglądają sprzęt, dzióbią lód kijkami trekkingowymi, na twarzach lekkie uśmiechy (zdziwienie? zakłopotanie?).

- OK? OK? 70 kilometers? OK? - pokazał jeden ręką na południe
- OK, no problem, no problem - odpowiadam
- OK

I pojechali.

Jak ich zobaczyłem nie wiedziałem czego się spodziewać. Ale ta wizytacja przyjechała sprawdzić, czy u mnie wszystko w porządku. Wszak nieczęsto jakieś białasy bujają im po tafli w zimie. Miło.

P.S. Tego dnia przyjechał jeszcze jeden busik. Popatrzyli, pomachali z daleka. I pojechali.