Posty

Wyrazisty kraj

Etiopia to kraj bardzo wyrazisty, z charakterem. W tym miejscu widziałem kilka rzeczy po raz pierwszy w życiu. Witanie się poprzez postukanie ramieniem, kulinaria z królową injerą, nowe metody noszenia przedmiotów, unikalne krzyże i forma estetyki... Tak. To był dobry wyjazd.

Wykonało się

Kropką nad i zamykającą rozdział pod tytułem Etiopia jest GALERIA FOTO , która multimedialnie domyka część artystyczną tej wycieczki. Zapraszamy. Zatem słowo-transmisję uważamy za zamkniętą, wszystkim serdecznie dziękujemy za uwagę i zapraszamy ponownie. Niebawem nowy cykl wyprawowy, przygotowania już rozpoczęte. Niech się dzieje!

Ethiopian Damn Good Caffee

Obraz

Zaskoki cywilizacji

Co nas zaskoczyło po powrocie: - Kawa jest do bani. Cztery tysiące lat temu Hammurabi za taką kawę wrzuciłby karczmarza do rzeki, dwa tysiące lat temu Rzymianie za takie przestępstwa krzyżowali, a teraz warto byłoby zwrócić się do trybunału praw człowieka - Tutaj o wiele bardziej widać patologię cywilizacji - we Frankfurcie widzieliśmy mnóstwo jednostek stojących na marginesie społeczeństwa (np. przywitał nas pewien pan sikający na witrynę jakiegoś drogiego sklepu z modą, w zaułkach swoje gazetowe namioty rozbijali bezdomni a przed nami po centrum biegł jakiś pół-agresywny pan) - ... natomiast w Etiopii wiedzieliśmy życie diabelnie proste i biedne, ale nie patologiczne - Bieżąca woda naprawdę bieży - ... a ciepła woda naprawdę jest ciepła, a nie umownie ciepła - Prąd jest zawsze i wszędzie, wystarczy nacisnąć przycisk, a słowo powercut rozumieją jedynie obszarpańcy-podróżnicy, którzy z utęsknieniem czekają na następny cykl wyprawowy - Ulice są w nocy skąpane w świetle - wszytk...

Rzecz o powrotach

Jak wygląda idealny plan na powrót? Długi, gorący prysznic pod wodą bieżącą a nie ciurkającą, prawdziwie czyste ciuchy, prawdziwie śmierdzące kosmetyki, smaczne śniadanie na Kazimierzu, zacne lody na rynku, basen, sauna i na zakończenie dnia grzane piwo z przyjaciółmi. Czyż to nie wspaniały plan?

Frankfurt nad Menem ale bez netu

Frankfurt zaskoczył nas. Net w hostelu nie działał.

Etiopia - pieśń na wyjście

Tak oto dobiegł końca nasz wyjazd do Etiopii, czas pakować plecaki i uderzać w stronę domu, zatem zgodnie ze świecką tradycją przedstawiamy odrobinę statystyk. W ciągu niemal trzech tygodni przejechaliśmy tzw. historical circuit - trasę po północno-wschodnich wyżynach kraju, na których znajdują się najstarsze zabytki kultury - kolejne stolice: Aksum, Lalibela, Gonder, Addis Abeba. W ciągu imprezy przejechaliśmy po mniej lub bardziej istniejących drogach ponad 1700 kilometrów, w samochodach i autobusach spędziliśmy 50 godzin, co nam daje średnią prędkość około 30 km na godzinę. Ostatni etap, z Lalibeli do Addis Abeby przelecieliśmy, ponieważ jazda lądem zajęłaby dwa dni. Kupiliśmy swój czas, dzięki czemu mogliśmy pozwolić sobie na treking. Była to trasa wyżynna. Najniżej byliśmy na wysokości 1600 metrów, przy wodospadach Błękitnego Nilu, najwyżej byliśmy na wysokości 4284 na trzecim co do wielkości szczycie Etiopii zwanym Rim Gedel a składującym swoje cielsko nieopodal Lalibeli,...

I pieniądze porzucać będziesz

- Dzień dobry, chciałbym zamienić birry na dolary. - Że co? Poszedł, przyszedł z menadżerem. - Nie, nie możesz zmienić. Zmieniamy tylko posiadaczom rachunku w naszym banku, obywatelom Etiopii, którzy mają do tego powód.  - Ale przecież ja mam powód - wyjeżdżam.  - Przepraszam, nic nie możemy zrobić.  Okazało się, że w Etiopii można zmieniać walutę tylko jednokierunkowo. Dolary na birry zmienią bardzo chętnie i bez pytania. Ale w drugą stronę to Golgota. Nikt nic nie wie, na pewno nie w tym banku, poszukaj gdzieś indziej. I tak od Annasza do Kajfasza, szwendaliśmy się z Olą wieczorem i o poranku tuż przed wylotem. Nie udało się. W końcu ruszyliśmy na lotnisko. Na lotnisku i owszem, można zmienić, ale nie tutaj, gdzieś indziej . I szukaliśmy tego gdzieś indziej przez pół godziny - bez oznaczeń, bez kierunków, bez pomocnej dłoni. I w końcu jakieś biuro w ciemnym korytarzu. Ile chcesz zmienić? Co, trzysta dolarów?! A skąd to, kurde masz? Pokazuję kwitek, który dostali...

Chatka

Obraz
Okrągła, zbudowana z pionowych pali uszczelnionych nawozem zmieszanym z gliną. Skośny, kryty strzechą dach. Wewnątrz obora, sypialnia i kuchnia jednocześnie. Na środku palenisko. Po lewej, w obniżeniu, miejsce dla zwierząt: cztery krowy, osioł i co najmniej dwa małe koziołki przywiązane za nogi do ściany. Na antresoli zbudowanej z gałęzi łóżko dla mamy, taty i pięcioro dzieci. Szóste w drodze.

O pewnym człowieku

Obraz
Nie wiem ile mam lat. Pewnikiem ponad osiemdziesiąt, może jakieś osiemdziesiąt pięć. Mieszkam w tej wiosce. Dzisiaj przyszedłem na piwo.

Trekking

Miało być przyjemnie. Bezpiecznie. Dobre, świeżopowietrzne zakończenie imprezy, bez fajerwerków. I tutaj psikus. Wyszedł ciężki trek, który nie zostawiał za sobą jeńców. Najpierw słońce, ostra orka do góry, półtora kilometra w pionie na płaskowyż, który godzinami się ciągnie w stronę najwyższego szczytu. Ola na pusto, ja - jak ślimak - z domem na plecach. Godzina za godziną, powoli chmury, prawie deszcz i w potem zmrok. Pytam przewodnika ile jeszcze do wioski, w której kampujemy. Już ponoć niedaleko. I półtorej godziny później okazało się, że w tej chmurze i mroku się nieco pogubili. Ale szukali, dzięki czemu znaleźli. My, zmęczeni jak psy, jednak spokojni, bo wyekwipowani. Nawet na noc w minus dziesięciu stopniach, nawet pod chmurką. Dobrze, że nikt się nie poślizgnął, na mokrej skale, w mocnym zmęczeniu. Bo miejscami było gdzie lecieć. W wiosce odgoniliśmy się od psów, Ola - choć wege - z kijem w dłoni, ja bez skrupułów z kamieniami; znaleźliśmy dwa metry kwadratowe równego, rozw...

Lalibela

Doskonała tutaj atmosfera, fajna feng-szuja. Ludzie nadzwyczaj pogodni, serdeczni. Bawimy się dobrze. Biegamy po kościołach, których tutaj wystrugano ze skały jedenaście, przy czym dziesięć z nich w wieku dwunastym, robimy zdjęcia, utrwalamy, uczymy się. Tylko pozostaje otwarte, dręczące pytanie. Dlaczego, do licha ciężkiego, król Lalibela* w poszukiwaniu nieba grzebał w piekle? P.S. Ola zdobyła swojego pierwszego psychofana. Młodzieniec, który cztery dni wcześniej zapytał nas o imię. I od tej pory na każdym kroku za nami. Hej Alexandra! Do you remember me? * Nazwa miejscowości pochodzi od imienia króla, który założył miasto

Podróż do Lalibeli

Dotarliśmy do Lalibeli po czternastu godzinach ciężkiej turystycznej pracy w lokalnych środkach transportu. Z Mekele nie ma połączeń bezpośrednich, trzeba się dwa razy przesiadać. Oczywiście można pójść na łatwiznę i wynająć coś prywatnego, ale nie o to tutaj chodzi. Pierwszy etap był stosunkowo prosty. W sumie... inne też były proste, ale czasochłonne. W Mekele poszliśmy na dworzec autobusowy znajdujący się nieopodal naszego sześciogwiazdkowego hotelu i po kilkunastu minutach pracy rękami wytłumaczyliśmy na migi jakiemuś ubranemu w uniform pracownikowi dworca, że chcemy kupić bilety w stronę Lalibeli. Autochtoniczny i niejęzyczny uniform długo walczył o zachowanie komunikacyjnej samodzielności, aż w końcu się poddał i zaprowadził nas do jakiegoś innego uniformu, tym razem angielskojęzycznego. Od tej pory poszło jak z płatka. Gdzie? Do Lali? Ok, to do Woldii, potem bus do Gasheny i potem to już z górki, dwie godziny poza asfaltem do Lali. Miejsca 23, 24, bilet kosztuje 113 Birrów. Mi...

O targowaniu

Targować się można i targować się trzeba. W zakresie transportu publicznego, w ekstremalnych przypadkach, autochtoni są zdolni do mnożenia cen razy dziesięć. Czyli szofer dowolnego wehikułu na pytanie 'ile koszuje' odpowiada 'sto'. I po ciężkich bojach, trudach i znojach zostaje dziesięć lub dwadzieścia. W przypadku innych usług jest o wiele lepiej. W hotelach często mamy fixed price, rzadko kiedy chcą się targować, a jeśli już do targów dochodzi, to zmniejszenie ceny o dziesięć-dwadzieścia procent jest dla nas całkiem dobrym wynikiem. Po kolejnej burzliwej rozmowie z kierowcą tuk-tuka dopadła mnie refleksja, że trudno byłoby żyć na codzień w tym kraju. Z białym ryjem miałbym wszędzie ten sam taniec: zawyżanie cen, targowanie o każdego birra. Jeśli już o cenach dla białasów mowa, wszędzie istnieją dwa cenniki. Dla lokalsów i dla tak zwanych faranji (farandżi) - jak nas tutaj nazywają. Więc białogębny faranji płaci dwa razy więcej niż czarnogębny autochton.

O jedzeniu

Obraz
Podstawą pożywienia w tym kraju jest tak zwana injera (indżera). To coś w formie naleśnika o średnicy pół metra zrobionego ze sfermentowanej mąki pochądzącej z jakiegoś lokalnego zboża. Fermentacja powoduje, że naleśnik jest niezwykle podziurawiony, bąbelkowy*. Inaczej to ujmując injera skłąda się z mnóstwa małych dziur oblepionych ciastem, przy czym jedna warstwa ciasta oblepia do najmniej dwie dziury (oprócz warstwy będącej brzegiem). No i - jak łatwo się domyślić - fermentacja determinuje smak - naleśnik jest diablo kwaśny. Jak gdzieś przeczytałem, to taki polski żurek w postaci ciała stałego. Do rzeczonej injery dodaje się wszelkiej maści sosy, warzywa i inne dobroci ziemi, tej ziemi. Szaleństwo injery sięga tak daleko, że jedną z lokalnych potraw jest injera z injerą. Najpierw należy wziąć jedną injerę, posmarować ją wybranym sosem, zwinąć w rulon i pokroić na małe krażki. Potem to wszystko rzuca się na drugą, rozwiniętą injerę i znowu polewa sosem. Je się rękami, a ściślej...