Trekking
Miało być przyjemnie. Bezpiecznie. Dobre, świeżopowietrzne zakończenie imprezy, bez fajerwerków.
I tutaj psikus. Wyszedł ciężki trek, który nie zostawiał za sobą jeńców. Najpierw słońce, ostra orka do góry, półtora kilometra w pionie na płaskowyż, który godzinami się ciągnie w stronę najwyższego szczytu. Ola na pusto, ja - jak ślimak - z domem na plecach. Godzina za godziną, powoli chmury, prawie deszcz i w potem zmrok. Pytam przewodnika ile jeszcze do wioski, w której kampujemy. Już ponoć niedaleko. I półtorej godziny później okazało się, że w tej chmurze i mroku się nieco pogubili. Ale szukali, dzięki czemu znaleźli. My, zmęczeni jak psy, jednak spokojni, bo wyekwipowani. Nawet na noc w minus dziesięciu stopniach, nawet pod chmurką. Dobrze, że nikt się nie poślizgnął, na mokrej skale, w mocnym zmęczeniu. Bo miejscami było gdzie lecieć.
W wiosce odgoniliśmy się od psów, Ola - choć wege - z kijem w dłoni, ja bez skrupułów z kamieniami; znaleźliśmy dwa metry kwadratowe równego, rozwinęli namiot i... spanie. Przewodnik nieco zakłopotany, bo poinformowany, że poszedł po bandzie.
Rano zupełnie inny nastrój. Słońce, widać trasę, okoliczne szczyty. Przewodnik załatwił konie czy tam muły i na ich grzbietach ruszyliśmy na najwyższy szczyt. Kamienie waliły po kolanach, koń wierzgał, omal nie zrzucił, ale wyniósł. Na cztery trzysta. Dobre. Dla Oli rekord wysokości zarówno na nogach jak i na koniu.
Po drodze przyuważyliśmy tak zwanego czerwonego lisa, endemita, który okazał się potem endemitem-wilkiem. Mają chyba dwie różne nazwy na to samo zwierzę. Potem na nogach, siedem godzin do Lalibeli, po drodze baboony, czyli czarne, długowłose małpy. Cała rodzina zabawnych człekokształtnych.
Tak, to była fajna, choć mocna wycieczka na zakończenie przygody w Etiopii.
I tutaj psikus. Wyszedł ciężki trek, który nie zostawiał za sobą jeńców. Najpierw słońce, ostra orka do góry, półtora kilometra w pionie na płaskowyż, który godzinami się ciągnie w stronę najwyższego szczytu. Ola na pusto, ja - jak ślimak - z domem na plecach. Godzina za godziną, powoli chmury, prawie deszcz i w potem zmrok. Pytam przewodnika ile jeszcze do wioski, w której kampujemy. Już ponoć niedaleko. I półtorej godziny później okazało się, że w tej chmurze i mroku się nieco pogubili. Ale szukali, dzięki czemu znaleźli. My, zmęczeni jak psy, jednak spokojni, bo wyekwipowani. Nawet na noc w minus dziesięciu stopniach, nawet pod chmurką. Dobrze, że nikt się nie poślizgnął, na mokrej skale, w mocnym zmęczeniu. Bo miejscami było gdzie lecieć.
W wiosce odgoniliśmy się od psów, Ola - choć wege - z kijem w dłoni, ja bez skrupułów z kamieniami; znaleźliśmy dwa metry kwadratowe równego, rozwinęli namiot i... spanie. Przewodnik nieco zakłopotany, bo poinformowany, że poszedł po bandzie.
Rano zupełnie inny nastrój. Słońce, widać trasę, okoliczne szczyty. Przewodnik załatwił konie czy tam muły i na ich grzbietach ruszyliśmy na najwyższy szczyt. Kamienie waliły po kolanach, koń wierzgał, omal nie zrzucił, ale wyniósł. Na cztery trzysta. Dobre. Dla Oli rekord wysokości zarówno na nogach jak i na koniu.
Po drodze przyuważyliśmy tak zwanego czerwonego lisa, endemita, który okazał się potem endemitem-wilkiem. Mają chyba dwie różne nazwy na to samo zwierzę. Potem na nogach, siedem godzin do Lalibeli, po drodze baboony, czyli czarne, długowłose małpy. Cała rodzina zabawnych człekokształtnych.
Tak, to była fajna, choć mocna wycieczka na zakończenie przygody w Etiopii.