Podróż do Lalibeli

Dotarliśmy do Lalibeli po czternastu godzinach ciężkiej turystycznej pracy w lokalnych środkach transportu. Z Mekele nie ma połączeń bezpośrednich, trzeba się dwa razy przesiadać. Oczywiście można pójść na łatwiznę i wynająć coś prywatnego, ale nie o to tutaj chodzi.

Pierwszy etap był stosunkowo prosty. W sumie... inne też były proste, ale czasochłonne.
W Mekele poszliśmy na dworzec autobusowy znajdujący się nieopodal naszego sześciogwiazdkowego hotelu i po kilkunastu minutach pracy rękami wytłumaczyliśmy na migi jakiemuś ubranemu w uniform pracownikowi dworca, że chcemy kupić bilety w stronę Lalibeli. Autochtoniczny i niejęzyczny uniform długo walczył o zachowanie komunikacyjnej samodzielności, aż w końcu się poddał i zaprowadził nas do jakiegoś innego uniformu, tym razem angielskojęzycznego. Od tej pory poszło jak z płatka. Gdzie? Do Lali? Ok, to do Woldii, potem bus do Gasheny i potem to już z górki, dwie godziny poza asfaltem do Lali. Miejsca 23, 24, bilet kosztuje 113 Birrów. Miłej podróży.

Rano około godziny piątej czasu międzynarodowego i jedenastej czasu etiopskiego ruszyliśmy na spacer w stronę dworca. I tutaj spotkało nas zaskoczenie. Na dworcu pusto, cicho, stoją jedynie uniformy z założonymi rękami i coś tam szepczą. I tak przez pół godziny. W ciemności mającej się ku końcowi nocy zapakowaliśmy swoje bagaże na dach wehikułu, posnuliśmy się pomiędzy podświetlonymi przez rozmieszczone tu i ówdzie latarnie szeptami, sprawdziliśmy czy aby siedzenia nie za twarde. I nic. Cisza. A gdzie te tłumy, opanowane gorączką podróży, klekoczące językami, jak na każdym innym szanującym się dworcu autobusowym, kolejowym, czy innym owym? Zagwózdka.

Aż tu nagle z tej ciszy i drobnych szeptów wyłoniły się gwałtowne gesty i dźwięki. Uniformy zaczęły coraz głośniej krzyczeć, w naszym kierunku zaczęła się zbliżać dynamiczna fala dźwięków i rozchwianych w sztucznym świetle sylwetek. Jakby się wszyscy zmówili. Tłuszcza przybyła nagle, wpadła na dworzec autobusowy przywitana krzykami uniformów reklamujących swoje autobusy. Tuż przed głównym uderzeniem tsunami schroniliśmy się bezpiecznie w pustym autobusie. I wtargnęli, jeden przez drugiego, do wehikułu, każdy znalazł miejsce, w pięć minut autobus był pełny, półki nad siedzeniami zapchane, korytarz wypełniony, przyjaciele i rodziny żegnające podróżnych, dzieci sprzedające orzeszki i chusteczki higieniczne, konduktor sprzedający bilety.

I tyle. Burza ucichła.

Spędziliśmy w pełnym autobusie jeszcze jedną godzinę zanim ruszył na południe. Nie wiem dlaczego czekali. Africa time: pojedzie kiedy pojedzie - taka wycieczka to nauka cierpliwości, nie ma co się zastanawiać. Harmonogramy to, proszę pana, dla Europejczyków, tu jest tylko praktyka i pragmatyka.

Dlaczego wszyscy przybyli w jednym momencie? Pozostaje nam się jedynie domyślać. Mekele to miasteczko muzułmańskie. Może skończyły się poranne modły? Może było jakieś święto? Kto ich tam wie - synchronizacja na pewno nie była dziełem przypadku. Ale to co najfajniejsze w tym wszystkim, to fakt, że jeszcze mnie wiele rzeczy potrafi zaskoczyć podczas podróżowania. Co kraj to obyczaj.

Po zakończeniu pierwszego etapu wysiedliśmy z autobusu i tutaj nowe zaskoczenie. Ktoś położył na moim plecaku wielki pojemnik z miodem, który dokładnie i skutecznie oblepił wszystkie paski i w konsekwencji mnie, nieświadomego. Zauważyłem, że się cały lepię jak już ubrałem plecak. Usłużny chłopiec wyjaśnił mi co to jest. 'Ja wiem co to jest, sir. To takie takie słodkie' i wymownie oblizał swój wskazujący palec. I już po dziesięciu minutach, otoczeni przez roześmiany tłumek lokalsów obserwujących nasze zmagania z ulepkiem, uwolniłem się od podstawowej warstwy miodu, niezmywalne resztki zaakceptowałem i ruszyliśmy dalej. Rikszą do dworca, potem taniec z targowaniem; - Za ile? - Za sto; - Nie, to nie jedziemy, na maksa pięćdziesiąt; - No dobra, wbijajcie, tutaj z tyłu fajne miejsca, bagaże przywiążemy do dachu. I pół godziny później, w minibusie na czternaście miejsc, w dwadzieścia dwie osoby, ruszyliśmy do Gasheny.

Gashena. Skrzyżowanie, targ i to wszystko.
Gdzie? Do Lali? Nie, nie ma busu, trzeba prywatnym. No to zaczekamy na busa. Ok, tutaj kawa. No i przyjechał bus. Pełno ludzi, reklamują, wpychają do środka. - Za ile? - Za sto. - Nie to, nie jedziemy. I tak dalej. Resztę już znacie - pojechaliśmy za pięćdziesiąt. Oczywiście po dwóch godzinach oczekiwania, wszak to Africa time.

No i wreszcie, nareszcie Lalibela! Z busa do miasta daleko. Za ile? Za sto? Nie, to nie jedziemy. Pojechaliśmy za dziesięć.

Tak oto jeździ się w Afryce.