Etiopia - pieśń na wyjście
Tak oto dobiegł końca nasz wyjazd do Etiopii, czas pakować plecaki i uderzać w stronę domu, zatem zgodnie ze świecką tradycją przedstawiamy odrobinę statystyk.
W ciągu niemal trzech tygodni przejechaliśmy tzw. historical circuit - trasę po północno-wschodnich wyżynach kraju, na których znajdują się najstarsze zabytki kultury - kolejne stolice: Aksum, Lalibela, Gonder, Addis Abeba.
W ciągu imprezy przejechaliśmy po mniej lub bardziej istniejących drogach ponad 1700 kilometrów, w samochodach i autobusach spędziliśmy 50 godzin, co nam daje średnią prędkość około 30 km na godzinę. Ostatni etap, z Lalibeli do Addis Abeby przelecieliśmy, ponieważ jazda lądem zajęłaby dwa dni. Kupiliśmy swój czas, dzięki czemu mogliśmy pozwolić sobie na treking.
Była to trasa wyżynna.
Najniżej byliśmy na wysokości 1600 metrów, przy wodospadach Błękitnego Nilu, najwyżej byliśmy na wysokości 4284 na trzecim co do wielkości szczycie Etiopii zwanym Rim Gedel a składującym swoje cielsko nieopodal Lalibeli, pobijając w ten sposób rekord wysokości zdobytej na koniu. Najwięcej emocji wzbudził treking w Lalibeli, a najciekawszym zabytkiem okazały się kościoły wykute w skale. Z nowości - pierwszy raz w życiu wspinałem się w terenie trójkowym boso i na żywca, czyli bez sztucznych - i jak widać przereklamowanych - zabezpieczeń typu lina i uprząż, albowiem w kościołach Tigraj, które są wystukane w jaskiniach wysokogórskich, można chodzić jedynie bez butów. W zakresie kulinariów najciekawszym odkryciem kulinarnym okazała się kwaśna injera, a ryje dzień w dzień urywała nam świetna kawa.
Tak, to była trudna i dzięki temu przyjemna wycieczka.
W ciągu niemal trzech tygodni przejechaliśmy tzw. historical circuit - trasę po północno-wschodnich wyżynach kraju, na których znajdują się najstarsze zabytki kultury - kolejne stolice: Aksum, Lalibela, Gonder, Addis Abeba.
W ciągu imprezy przejechaliśmy po mniej lub bardziej istniejących drogach ponad 1700 kilometrów, w samochodach i autobusach spędziliśmy 50 godzin, co nam daje średnią prędkość około 30 km na godzinę. Ostatni etap, z Lalibeli do Addis Abeby przelecieliśmy, ponieważ jazda lądem zajęłaby dwa dni. Kupiliśmy swój czas, dzięki czemu mogliśmy pozwolić sobie na treking.
Była to trasa wyżynna.
Najniżej byliśmy na wysokości 1600 metrów, przy wodospadach Błękitnego Nilu, najwyżej byliśmy na wysokości 4284 na trzecim co do wielkości szczycie Etiopii zwanym Rim Gedel a składującym swoje cielsko nieopodal Lalibeli, pobijając w ten sposób rekord wysokości zdobytej na koniu. Najwięcej emocji wzbudził treking w Lalibeli, a najciekawszym zabytkiem okazały się kościoły wykute w skale. Z nowości - pierwszy raz w życiu wspinałem się w terenie trójkowym boso i na żywca, czyli bez sztucznych - i jak widać przereklamowanych - zabezpieczeń typu lina i uprząż, albowiem w kościołach Tigraj, które są wystukane w jaskiniach wysokogórskich, można chodzić jedynie bez butów. W zakresie kulinariów najciekawszym odkryciem kulinarnym okazała się kwaśna injera, a ryje dzień w dzień urywała nam świetna kawa.
Tak, to była trudna i dzięki temu przyjemna wycieczka.