Autostopem po bezdrożach
I tutaj zaczyna się jeden z naszych najlepszych stopów. Staliśmy na wylotówce jakiejś małej miejscowości, której nazwy teraz nie pomnę*, oczywiście otoczeni zainteresowanymi autochtonami, którzy przyszli się przywitać, a tu nagle jakieś białe gęby świecą z nadjeżdżającego samochodu terenowego. Nagły przypływ nadziei, lokalsi przestają istnieć, samochód się uśmiecha i zwalnia. Zwalnia - to nasza szansa - zwolnij! Zatrzymuje się. To dobrze. Podbiegam i próbując być dyplomatyczny przedstawiam się, mówię skąd jestem i że chcę. Tak - jestem w potrzebie - jesteśmy w potrzebie, potrzebujemy pojechać w stronę Tudry.
- Wsiadajcie, właśnie tam jedziemy.
I tak to się zaczęło. Dystyngowana parka Francuzów mniej więcej w wieku naszych rodziców zatrzymała się w hotelu pięciogwiazdkowym. Jako że tego typu hotele nie do końca są w naszym stylu, gdyż ponieważ odbierają nam nieco splendoru, wybraliśmy miejsce nieco bardziej kameralne, a przy okazji godne naszego turystycznego talentu, gdzie po krótkim targowaniu zostaliśmy kumplami naszego gospodarza. Wybór okazał się nad wyraz trafny, co udowodnił nam kucharz przygotowując najfajniejsze żarcie, z jakim mieliśmy do czynienia podczas tej wyprawy. Po zalogowaniu do hotelu zjedliśmy wspólny lanczyk z Francuzami, podczas którego Alan przyznał się, że zamierza za dwa-trzy dni (czyli dla nas za późno) przejechać terenowymi drogami z wąwozu Tudra do wąwozu Dadis. Czytaliśmy wcześniej o tej przeprawie i żałowaliśmy, że nie mamy sprzętu na zrobienie tej trasy (można tam wejść na nogach z namiotem, na rowerach górskich albo samochodem terenowym). To 45 kilometrów poza asfaltem, plus ponad 100 asfaltowymi dojazdówkami.
Stwierdziłem, że szczęściu trzeba pomagać, więc rzuciłem z głupia frant, że jeśli chcą zmienić plany i jechać jutro, to znajdą w nas wiernych (i przy okazji wdzięcznych) towarzyszy podróży. Mamuśko-tatuśki ze sobą pogadali, coś tam pomlaskali we własnym narzeczu i... zgodzili się jechać. He he, o to właśnie nam chodziło, napaliliśmy się jak diabli.
Umówiliśmy się o poranku, Francuzi zamówili 'piknik' u naszego kucharza (podróże kształcą - nie wymyśliłbym nigdy, że można zamówić w hotelu piknik, czyli zestaw żarcia na cały dzień podróży) i każdy poszedł w swoją stronę. My spędziliśmy wieczór na doskonałym spacerze w jednej z odnóg wąwozu. Udało nam się uciec od tłumu turystów (obecnego pomimo końca sezonu), hałaśliwych generatorów prądu i ruchu ulicznego. Leżeliśmy na skale w kształcie małego psa i obserwowaliśmy niebo. Podczas tego spaceru wjechał mi w stopę cierń - dobrze, że miałem pincetkę, która podczas wieczornej operacji aktywnie przyczyniła się do uwolnienia mojej stopy od jakże towarzyskiego ciała obcego. Wróćmy jednak na chwilę do generatorów prądu. W samej gardzieli wąwozu Tudra jest wybudowany hotel o jakimś podwyższonym standardzie. Wszystko byłoby doskonale, gdyby nie fakt, że po obu stronach budynku stoją benzynowe generatory na prąd, które - jak łatwo się domyślić - robią mnóstwo hałasu potęgowanego jeszcze przez ściany skalne. Śmieszne jest to, że hotel powstał w bardzo urokliwym zakątku i w ciągu dnia wygląda jak oaza ciszy i spokoju zanurzona pomiędzy kilkusetmetrowymi ścianami nachylającymi się nad jego tarasami. Natomiast wieczorem nie jest już tak malowniczo. Można sobie wyjść na dach, popijać ataj i patrzeć w gwiazdy próbując jednocześnie zignorować ogłuszające dźwięki dwóch snopowiązałek pracujących na flankach przez pół nocy. Maszynowy klekot, dźwięki Indii.
Następnego dnia offroad okazał się całkiem przyjemny. Zerwaliśmy się ze standardowej drogi, dzięki czemu mogłem natrzaskać sporo fajnych, przyrodniczych zdjęć. Pod koniec, na szczęście już na asfalcie, pękła nam opona. Dookoła pojawiło się mnóstwo ludzi, każdy nad wyraz pomocny, aktywny. W atmosferze delikatnego rozgardiaszu i chaotycznej, ale ukierunkowanej współpracy realizowanej dzięki komunikacji niewerbalnej, udało się założyć dojazdówkę (zapas) i zjechaliśmy do głównych dróg.
Cała impreza zajęła nam osiem godzin. Wieczorem siedliśmy przy ataju, kawie i jakimś żarciu czekając na nocny autobus do Marrakeszu. Tak oto wypełniły się dni przeznaczone na wąwozy na pograniczu Atlasu Wysokiego.
* nie pomnę, ale mogę sprawdzić w necie; mogę, ale nie chcę (no dobra, sprawdziłem, miejscowość pewnikiem nosi miano Jorf, ale pewna doza niepewności pozostaje - wszak to mała wioska)