Pustynia
W Marzuce czekał na nas przyjaciel Mubarak, który miał nam zapewnić przyjemny jeden dzień na pustyni. Pierwotny plan obejmował wyjście po południu, noc na pustyni, powrót o poranku do Marzuki i jazda super-wygodnym-klimatyzowanym-izolatorem do wąwozów Tudra i Dadis. Pierwotny. Ale pojawił się wtórny, ten fajniejszy.
Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Po ostatnich przygotowaniach wsiedliśmy na wielbłąda. To dość ciekawe doświadczenie - zwierzę podnosząc się dzieli ruch co najmniej na trzy lub cztery etapy bujając przy tym niemiłosiernie w przód i w tył. Siadasz okrakiem na potworze, a ten nagle wstaje spod ciebie, głowa wylatuje do góry, niebo miga, świat faluje, a ty próbujesz balansować ciałem dostosowując się do ruchów garbusa. Jak już wydaje ci się, że zwierze wstało, to wstaje jeszcze bardziej. Wyżej. Ludy autochtoniczne jazdę na wielbłądzie nazywają berber massage. Jazda nie jest taka straszna, jak mi opowiadano, ale od pewnego momentu staje się nieco uciążliwa. To mniej więcej jakbyś siedział okrakiem na wąskim palu, którym ktoś potrząsa w przód, w tył i do góry. Po trzeciej godzinie jazdy ciężar niczym nie podpartych nóg rozrywa ciało na pół. Rozpoławia.
Pierwszego dnia wyszła nam na powitanie burza piaskowa. Niezbyt burzliwa, ale jednak odrobinę podirytowana. Piaskiem rzucało, co zupełnie nie spodobało się mojemu aparatowi. Wprawdzie owinąłem dziada szczelnie turbanem, ale to nie wystarczyło. Po części chrzęści do dziś.
Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do tak zwanej oazy i tutaj spotkała nas niespodzianka. Po pierwsze goście zrobili jeden ze smaczniejszych tadżinów jaki udało nam się zjeść. Po drugie wieczór skończyliśmy wspólnie muzykując. Były bębny, lokalna wersja kastanietów i - co najważniejsze - śpiew ludzi, którzy wiedzą co robić ze swoim głosem. Niestety, kiedy dochodziliśmy do apogeum naszej muzycznej, eklektycznej w swej naturze konwersacji, jakaś biała kreatura, poplamione w głowie, ohydne w swym odrażającym światopoglądzie indywiduum poprosiło, żebyśmy się przymknęli. To były jakieś białe ryje, które chciały spać i niezrozumiałe zawodzenie w świetle niemal dopełnionego księżyca nie pozwalało im efektywnie marnować czasu ;-)
O poranku zerwaliśmy się przed świtem, żeby mieć szansę na obserwację wschodu słońca, którego promienie pełzały po żółto-czerwonych krawędziach wydm. Foto sami możecie ocenić w udostępnionej galerii.
I tutaj zaczyna się ciekawy moment. Po zakończeniu obserwacji rzeczonego zjawiska astronomicznego wróciliśmy do Marzuki. Moi towarzysze na wielbłądach - ja truchtem poszukując właściwego kadru ze zwierzętami i cieniami na piasku. Taki obowiązkowy punkt programu dla każdego amatora fotografii udającego się na pustynię. Dotarliśmy do miasta, zasiedliśmy przy śniadaniu i wtedy po raz pierwszy zwerbalizowałem swoje wątpliwości dotyczące wyjazdu. Nie wchodząc w szczegóły - po długich negocjacjach dotyczących ceny za usługę podjęliśmy z ekscelencją Ziolką dość szaloną decyzję powrotu na pustynię. Pożegnaliśmy się bez żalu z latającymi Holendrami i... wsiedliśmy na wielbłądy przemierzając po raz trzeci ten sam trakt. Mieliśmy wspaniały czas - pustynia zupełnie pusta, ci co mieli wrócić o poranku dawno już wrócili, ci co mieli wyruszyć wieczorem jeszcze nie wyruszyli. Był tylko piasek, cisza, słońce i nasze wygłodniałe piaszczystych krągłości oczy.
W oazie przywitali nas z szerokimi uśmiechami, zjedliśmy tam smaczny lanczyk obserwując osiem marokańskich kotów nieogarniających bezmiaru danej im kuwety* i ruszyliśmy do celu dnia drugiego, czyli wioski nomadów, żyjących na pograniczu ergu i czarnej pustyni.
Nomadzi mili, ale zdystansowani. Udało nam się spać w pasterskim namiocie, obserwować kolejny na tym wyjeździe zachód słońca i cieszyć się widokiem niczym nie przyćmionego nieba ciężkiego od gwiazd.
Następnego dnia dotarliśmy do wioski czarnych ludzi. Berberowie wyglądają jak europejczycy, mają po prostu ciemniejszą skórę. Natomiast w wiosce czarnych ludzi mieszka grupa etniczna z tak zwanej Czarnej Afryki, czyli tego co znajduje się pod Saharą - mają czarną skórę, szerokie nosy, kręcone włosy. Oczywiście spytaliśmy o pochodzenie tej grupki, ale zdania lokalnych ekspertów w dziedzinie migracji ludności były co najmniej podzielone. Żadna z opinii nie powtórzyła się dwukrotnie, zatem wszelkie zasłyszane hipotezy należy między bajki włożyć - czarni ludzie w tej wiosce pochodzą skąd pochodzą, tylko lokalsi wiedzy na ten temat nie posiadają.
I w tej wiosce udało nam się pomuzykować. Zaznajomiliśmy się z szefem lokalnego zespołu folklorystycznego, który po koncercie (nie licząc pracujących tam dwóch kobiet z Niemiec byliśmy jedynymi słuchaczami) zaprosił nas do swojego domu, przedstawił trzypokoleniowej rodzinie zamieszkującej całkiem spory budynek, porozmawiał, poodpowiadał na pytania, a na końcu poprosił swoją bratanicę, żeby ekscelencji Ziolce wyrzeźbiła henną malunek na dłoni. Było miło.
Tak, decyzja o powrocie na pustynie zaiste była doskonałym pomysłem.
Żeby nie było niejasności - tego typu bujaka po piaskach to nie jest żadne dotknięcie pustki. Ta pustynia nie jest pusta. To bardzo popularny teren, ponieważ w całym Maroku jest tylko jeden erg z żółtym, bardzo zdjęciowym piaskiem. Cała reszta to czarna pustynia - płaska, monotonna i mało fotogeniczna. W związku z tym pełno tam turystów pieszych, na wielbłądach, w samochodach terenowych, na motocyklach i quadach. Nie chcę wiedzieć co się tam dzieje w szczycie sezonu turystycznego.
* jak widać przypomniał nam się pewien dość prosty w swej konstrukcji dowcip
Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Po ostatnich przygotowaniach wsiedliśmy na wielbłąda. To dość ciekawe doświadczenie - zwierzę podnosząc się dzieli ruch co najmniej na trzy lub cztery etapy bujając przy tym niemiłosiernie w przód i w tył. Siadasz okrakiem na potworze, a ten nagle wstaje spod ciebie, głowa wylatuje do góry, niebo miga, świat faluje, a ty próbujesz balansować ciałem dostosowując się do ruchów garbusa. Jak już wydaje ci się, że zwierze wstało, to wstaje jeszcze bardziej. Wyżej. Ludy autochtoniczne jazdę na wielbłądzie nazywają berber massage. Jazda nie jest taka straszna, jak mi opowiadano, ale od pewnego momentu staje się nieco uciążliwa. To mniej więcej jakbyś siedział okrakiem na wąskim palu, którym ktoś potrząsa w przód, w tył i do góry. Po trzeciej godzinie jazdy ciężar niczym nie podpartych nóg rozrywa ciało na pół. Rozpoławia.
Pierwszego dnia wyszła nam na powitanie burza piaskowa. Niezbyt burzliwa, ale jednak odrobinę podirytowana. Piaskiem rzucało, co zupełnie nie spodobało się mojemu aparatowi. Wprawdzie owinąłem dziada szczelnie turbanem, ale to nie wystarczyło. Po części chrzęści do dziś.
Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do tak zwanej oazy i tutaj spotkała nas niespodzianka. Po pierwsze goście zrobili jeden ze smaczniejszych tadżinów jaki udało nam się zjeść. Po drugie wieczór skończyliśmy wspólnie muzykując. Były bębny, lokalna wersja kastanietów i - co najważniejsze - śpiew ludzi, którzy wiedzą co robić ze swoim głosem. Niestety, kiedy dochodziliśmy do apogeum naszej muzycznej, eklektycznej w swej naturze konwersacji, jakaś biała kreatura, poplamione w głowie, ohydne w swym odrażającym światopoglądzie indywiduum poprosiło, żebyśmy się przymknęli. To były jakieś białe ryje, które chciały spać i niezrozumiałe zawodzenie w świetle niemal dopełnionego księżyca nie pozwalało im efektywnie marnować czasu ;-)
I tutaj zaczyna się ciekawy moment. Po zakończeniu obserwacji rzeczonego zjawiska astronomicznego wróciliśmy do Marzuki. Moi towarzysze na wielbłądach - ja truchtem poszukując właściwego kadru ze zwierzętami i cieniami na piasku. Taki obowiązkowy punkt programu dla każdego amatora fotografii udającego się na pustynię. Dotarliśmy do miasta, zasiedliśmy przy śniadaniu i wtedy po raz pierwszy zwerbalizowałem swoje wątpliwości dotyczące wyjazdu. Nie wchodząc w szczegóły - po długich negocjacjach dotyczących ceny za usługę podjęliśmy z ekscelencją Ziolką dość szaloną decyzję powrotu na pustynię. Pożegnaliśmy się bez żalu z latającymi Holendrami i... wsiedliśmy na wielbłądy przemierzając po raz trzeci ten sam trakt. Mieliśmy wspaniały czas - pustynia zupełnie pusta, ci co mieli wrócić o poranku dawno już wrócili, ci co mieli wyruszyć wieczorem jeszcze nie wyruszyli. Był tylko piasek, cisza, słońce i nasze wygłodniałe piaszczystych krągłości oczy.
W oazie przywitali nas z szerokimi uśmiechami, zjedliśmy tam smaczny lanczyk obserwując osiem marokańskich kotów nieogarniających bezmiaru danej im kuwety* i ruszyliśmy do celu dnia drugiego, czyli wioski nomadów, żyjących na pograniczu ergu i czarnej pustyni.
Nomadzi mili, ale zdystansowani. Udało nam się spać w pasterskim namiocie, obserwować kolejny na tym wyjeździe zachód słońca i cieszyć się widokiem niczym nie przyćmionego nieba ciężkiego od gwiazd.
Następnego dnia dotarliśmy do wioski czarnych ludzi. Berberowie wyglądają jak europejczycy, mają po prostu ciemniejszą skórę. Natomiast w wiosce czarnych ludzi mieszka grupa etniczna z tak zwanej Czarnej Afryki, czyli tego co znajduje się pod Saharą - mają czarną skórę, szerokie nosy, kręcone włosy. Oczywiście spytaliśmy o pochodzenie tej grupki, ale zdania lokalnych ekspertów w dziedzinie migracji ludności były co najmniej podzielone. Żadna z opinii nie powtórzyła się dwukrotnie, zatem wszelkie zasłyszane hipotezy należy między bajki włożyć - czarni ludzie w tej wiosce pochodzą skąd pochodzą, tylko lokalsi wiedzy na ten temat nie posiadają.
I w tej wiosce udało nam się pomuzykować. Zaznajomiliśmy się z szefem lokalnego zespołu folklorystycznego, który po koncercie (nie licząc pracujących tam dwóch kobiet z Niemiec byliśmy jedynymi słuchaczami) zaprosił nas do swojego domu, przedstawił trzypokoleniowej rodzinie zamieszkującej całkiem spory budynek, porozmawiał, poodpowiadał na pytania, a na końcu poprosił swoją bratanicę, żeby ekscelencji Ziolce wyrzeźbiła henną malunek na dłoni. Było miło.
Tak, decyzja o powrocie na pustynie zaiste była doskonałym pomysłem.
Żeby nie było niejasności - tego typu bujaka po piaskach to nie jest żadne dotknięcie pustki. Ta pustynia nie jest pusta. To bardzo popularny teren, ponieważ w całym Maroku jest tylko jeden erg z żółtym, bardzo zdjęciowym piaskiem. Cała reszta to czarna pustynia - płaska, monotonna i mało fotogeniczna. W związku z tym pełno tam turystów pieszych, na wielbłądach, w samochodach terenowych, na motocyklach i quadach. Nie chcę wiedzieć co się tam dzieje w szczycie sezonu turystycznego.
* jak widać przypomniał nam się pewien dość prosty w swej konstrukcji dowcip