Pieśń na wyjście
No i stało się - po długiej podróży z nocowaniem na lotnisku w Brukseli, dotarliśmy wreszcie do miłego bogom Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa, oby słońce po wsze czasy go nie opuszczało, ziemia była płodna, a wegetacja długa. To była fajna impreza, a to, że nie mieliśmy czasu na pisanie bloga na bieżąco jedynie dobrze o niej świadczy.
Mapę naszego wyjazdu można znaleźć tutaj.
Zgodnie ze świecką tradycją należy nam się odrobinę statystyk. Na imprezie spędziliśmy 14 dni. Najwyżej byliśmy na czterokołowym offroadzie z Francuzami, na wysokości 2800 m. n.p.m., najniżej na wysokości 0 metrów podczas przeprawy przez Morze Śródziemne. Przejechaliśmy około 1500 km jeżdżąc pociągami, autobusami międzymiastowymi, autobusami miejskimi, taksówkami oraz autostopem. Po miejskiej dżungli, czyli zakamarkach feskiej medyny, bujaliśmy się z kompasem. Najcieplej było na pustyni (w słońcu parzyła skóra), najzimniej w górach (około 5 stopni w nocy). Najfajniejszym miastem okazał się Fez, najgorszym Marrakesz (kolejność odwiedzin miała oczywiście wpływ na siłę i charakter odbioru poszczególnych miejsc, ale nawet odwrotny kierunek jazdy raczej nie zmieniłby tej opinii). Najlepsze żarcie jedliśmy w wąwozie Tudra, najgorsze w Marrakeszu w jednej z restauracji na placu Dżami al Fana. Wypiliśmy czterdzieści i cztery filiżanki ataju (albo - co chyba jest bardziej pod względem metaforycznym adekwatne - siedemdziesiąt ich i siedem) i tyleż kawy, zjedliśmy siedem tadżinów, dwie pastille, dwa kuskusy z warzywami, mnóstwo chleba i sałatek, owoce jakiegoś kaktusa i tajemniczą czirimoję, wypiliśmy na dokładkę hektolitry soku pomarańczowego.
Mieliśmy sporo ciekawych przygód, spotkaliśmy wielu fajnych ludzi, a miłe zbiegi okoliczności istotnie wzbogaciły wrażenia. Czasem było śmiesznie (pęknięta opona w wąwozach), czasem niebezpiecznie (zaułki medyny w Fezie), czasem męcząco (kilka godzin na obskurnym dworcu w Marrakeszu - oczekiwanie na świt), ale stale było ciekawie i nie doskwierała nam nuda (no może oprócz krótkiego okresu błędów i wypaczeń w wynajętym samochodzie z Holendrami, gdzie miałem wrażenie, że impreza się skończyła - po prostu było za łatwo). To była impreza pozytywnych zaskoczeń (o czym była mowa) i pierwszych razów w moim wykonaniu: pierwszy raz na Morzu Śródziemnym, pierwszy raz w Afryce, pierwszy raz na wielbłądzie, pierwszy raz na pustyni.
Bilans naszych strat - ukradziony mp3 player (o, złodzieju! pozbawiona moralności kreaturo! przeklinam cię, przeklinam cię, po trzykroć cię przeklinam), porysowane okulary, do których się przyzwyczaiłem, a które przewiozły moje oczy przez bliski wschód od górzystej Gruzji począwszy na spalonym słońcem Iraku skończywszy.
Więcej grzechów nie pamiętam, zatem...
Bracia i siostry, Afryka wpuściła i wypuściła, chwała jej za to.
Rzekłem.
Mapę naszego wyjazdu można znaleźć tutaj.
Zgodnie ze świecką tradycją należy nam się odrobinę statystyk. Na imprezie spędziliśmy 14 dni. Najwyżej byliśmy na czterokołowym offroadzie z Francuzami, na wysokości 2800 m. n.p.m., najniżej na wysokości 0 metrów podczas przeprawy przez Morze Śródziemne. Przejechaliśmy około 1500 km jeżdżąc pociągami, autobusami międzymiastowymi, autobusami miejskimi, taksówkami oraz autostopem. Po miejskiej dżungli, czyli zakamarkach feskiej medyny, bujaliśmy się z kompasem. Najcieplej było na pustyni (w słońcu parzyła skóra), najzimniej w górach (około 5 stopni w nocy). Najfajniejszym miastem okazał się Fez, najgorszym Marrakesz (kolejność odwiedzin miała oczywiście wpływ na siłę i charakter odbioru poszczególnych miejsc, ale nawet odwrotny kierunek jazdy raczej nie zmieniłby tej opinii). Najlepsze żarcie jedliśmy w wąwozie Tudra, najgorsze w Marrakeszu w jednej z restauracji na placu Dżami al Fana. Wypiliśmy czterdzieści i cztery filiżanki ataju (albo - co chyba jest bardziej pod względem metaforycznym adekwatne - siedemdziesiąt ich i siedem) i tyleż kawy, zjedliśmy siedem tadżinów, dwie pastille, dwa kuskusy z warzywami, mnóstwo chleba i sałatek, owoce jakiegoś kaktusa i tajemniczą czirimoję, wypiliśmy na dokładkę hektolitry soku pomarańczowego.
Mieliśmy sporo ciekawych przygód, spotkaliśmy wielu fajnych ludzi, a miłe zbiegi okoliczności istotnie wzbogaciły wrażenia. Czasem było śmiesznie (pęknięta opona w wąwozach), czasem niebezpiecznie (zaułki medyny w Fezie), czasem męcząco (kilka godzin na obskurnym dworcu w Marrakeszu - oczekiwanie na świt), ale stale było ciekawie i nie doskwierała nam nuda (no może oprócz krótkiego okresu błędów i wypaczeń w wynajętym samochodzie z Holendrami, gdzie miałem wrażenie, że impreza się skończyła - po prostu było za łatwo). To była impreza pozytywnych zaskoczeń (o czym była mowa) i pierwszych razów w moim wykonaniu: pierwszy raz na Morzu Śródziemnym, pierwszy raz w Afryce, pierwszy raz na wielbłądzie, pierwszy raz na pustyni.
Bilans naszych strat - ukradziony mp3 player (o, złodzieju! pozbawiona moralności kreaturo! przeklinam cię, przeklinam cię, po trzykroć cię przeklinam), porysowane okulary, do których się przyzwyczaiłem, a które przewiozły moje oczy przez bliski wschód od górzystej Gruzji począwszy na spalonym słońcem Iraku skończywszy.
Więcej grzechów nie pamiętam, zatem...
Bracia i siostry, Afryka wpuściła i wypuściła, chwała jej za to.
Rzekłem.