Ararat

Wejscie na Ararat trwalo trzy dni. Dolaczylem do czternastoosobowej grupy z Iranu korzystajac z posrednictwa jednej z lokalnych agencji. Nie mialem innego wyjscia, bo teren gory jest teoretycznie zamkniety i pilnowany przez armie turecka - zeby tam wejsci trzeba miec permit. Wprawdzie nie ma tam posterunkow, ani check-pointow, ale nie chcialbym eksperymentowac z armia turecka na pograniczu z Armenia (tluka sie o ten teren).

Problem z rzeczonym permitem polega na tym, ze formalnie procedura jego wystawienia trwa trzy tygodnie. Spiesze z informacja dla tych, ktorzy skorzystali juz z kalkulatora i uswiadomili sobie, ze nie mialem trzech tygodni do dyspozycji, iz popyt rodzi podaz - ludzie chca permitow, wiec znalezli sie tacy, co te permity sprzedaja. Innymi slowy kwitnie tutaj czarny rynek pozwolen. Dziala to tak, ze koles z agencji, w ktorej usilujesz sobie zalatwic wyjscie na gore ze smiertelnie powazna mina mowi, ze zalatwi Ci permit w ciagu jednego dnia jesli skorzystasz z jego oferty. Zgodnie z moimi informacjami jest to oczywista nieprawda. W zamian za calkiem niezla kase (ceny wahaja sie miedzy 200 a 400 dolarow) dostajesz transport do punktu startowego, przewodnika i... swiety spokoj jesli chodzi o sprawy natury biurokratycznej. W miedzyczasie gosc dzwoni do swoich zaprzyjaznionych zandarmow i informuje, ze taki to a taki bialas bedzie bujal w okolicach gory. Bialas, ktorym nie warto sobie zawracac glowy. No i zaprzyjaznieni zandarmi glowy sobie nie zawracaja. Bialas buja po gorze, wraca zadowolony, agencja zadowolona, zandarm zadowolony.

Ja wytargowalem atak za 190 dolarow. Zadzialalem dosc spontanicznie, bo zdecydowalem sie na wyjscie w przeciagu pietnastu minut. W jednej z agencji dowiedzialem sie, ze na gore poszla juz grupa z Iranu i jesli chce, moge ich dogonic. Przyznam, ze pochodzenie bylo niezlym argumentem przetargowym - wolalem sie wspinac z nieznajacymi angielskiego Persami niz zbieranina bialasow. Akurat mialem ochote na strefy milczenia i rozmow na migi. Dostalem godzine na spakowanie plecaka i zrobienie zakupow. Jako ze pospiech zlym doradca, zapomnialem powiedziec, ze nie mam namiotu. Jak latwo sie domyslic, gdy o zachodzie slonca dotarlem do pierwszego obozu na wysokosci 3200 m. n.p.m. uswiadomilem sobie, ze to torche blad byl. Zaiste blad. Zadzwonilem do goscia z agencji i obiecal mi, ze w nastepnym obozie bedzie dla mnie namiot. Tymczasem Persowie otoczyli mnie wianuszkiem, w jedna reke dostalem kubek herbaty, ktos wcisnal mi do reki cukierki, gdyby konopie byly legalne, to w ryj wsadziliby mi jointa, a usluzna reka podalaby ogien. Po dosc dlugich dyskusjach goscie wsadzili mnie do jednego z namiotow. Pozniej okazalo sie, ze przeze mnie jeden spal na zewnatrz. Zaklopotanie czuje do teraz.

Nastepnego dnia podeszlismy do obozu drugiego, na wysokosci 4200 metrow. Atak szczytowy ustalono na godzine 2 w nocy, wiec mielismy kupe czasu na przemyslenia. Lezalem na kamieniach i patrzylem wysoko, gdzies tam ponad glowe, na Moja Gore, ktorej jutro zostawie danine potu i lez. Tymczasem okazalo sie, ze chlopcy z agencji nie zalatwili mi namiotu. Zmartwieni Persowie zorganizowali jakas folie, z ktorej zbudowalismy napredce szalas. Wszyscy mieli przy tym mnostwo radosci - takie klocki lego dla duzych chlopcow. Ostatecznie udalo mi sie wkrecic do namiotu innych przewodnikow, wiec z chatki puchatka nie skorzystalem. Ale liczyl sie efekt.

Sam szczyt Araratu przykryty jest sniegiem i lodem. Od wysokosci 5000 metrow trzeba bujac w rakach. To znaczy tylko tacy tchorze jak ja bujaja w rakach, gdyz poniewaz polowa naszej grupy nie zalozyla na siebie tego sprzetu. Co ciekawe, Persowie obwieszeni byli calkiem zacnym ekwipunkiem. Mieli line, czekany, ekspresy, osemki, nawet jakas puanietke widzialem (takie cos zaciskowe do wychodzenia po linie). Zastanawia mnie co chcieli z tym wszystkim zrobic jesli zrezygnowali z rakow...

Na szczycie zrobila sie wielka impreza... Ksiazkowo rzecz ujmujac, 'radosci nie bylo konca'. Chlopcy sie modlili, spiewali, robili sobie zdjecia. Jak uslyszalem ten spiew, glowa mi odpadla. Muzulmanie na Araracie.

Ciesze sie, ze tym razem udalo sie zdeptac gore bez wiekszych przygod. Wprawdzie Persom spadl jeden zawodnik, ale nie przejeli sie tym za bardzo. Powiedzieli, ze zrobia sobie nowego ;-)