Irak


Mijalismy plonace szyby naftowe, na bezdrozach tanczyly miniaturowe traby powietrzne, zamykajac w zakletym kregu piasek pustyni. Droga przemykala pod stopami, a ja bujalem przez polnocny Irak na Muzyce Fruwajacej Ryby.

Iracki Kurdystan - polnocna czesc Iraku - to autonomiczny region, ktory ma swoj wlasny rzad, ale podlega bezposrednio pod Bagdad. Jest to teren zamieszkaly przez ludnosc kurdyjska i w porownaniu z reszta kraju - bezpieczny. Cala poludniowa linia tego obszaru jest pilnowana przez armie i stanowi cos w rodzaju osobnej granicy.

Kurdowie to ponoc najwiekszy narod bez wlasnej ziemii. Jest ich okolo 40 milionow i zyja na pograniczu czterech krajow: Syrii, Iraku, Turcji i Iranu. Do tego jest liczna diaspora rozsypana po calym swiecie. To przyjemny, mily, acz mocno zdystansowany narod. Oczywiscie w porownaniu do innych narodow tej klasy, z ktorymi mialem przyjemnosc wejsc w interakcje.

Zeby wjechac w ten teren nie potrzebujemy wizy. Na granicy dostaje sie pieczatke, ktora uprawnia do 10 dniowego pobytu na terenie regionu autonomicznego (lokalna wiesc niesie, ze nie mozna na tym wjechac do wlasciwego Iraku). Jesli chce sie go przedluzyc, nalezy zglosic sie do odpowiedniej jednostki administracyjnej. Co ciekawe warunkiem otrzymania pozwolenia na dluzszy pobyt sa badania na zoltaczke typu C i HIV.

"Jestem teraz w szkole sredniej. Potem pojde do koledzu... Tak, koledzu. Bardzo, bardzo  chcialbym opuscic Irak. Tutaj  [w Kurdystanie] jest bezpiecznie, ale na poludniu sami terrorysci, bomby, niebezpieczenstwo" 
Erbil, wrzesien 2010, jeden z wielu rozmowcow, z ktorymi ucialem sobie pogawedke.
 
Obecnie Kurdystan stal sie modnym miejscem turystycznym dla spragnionych normalnosci mieszkancow Bagdadu. Erbil to miejscowosc wrecz nabita turystami z poludnia, czyli Arabami. Ja trafilem w ten region w ciagu trzydniowego swieta konczacego Ramadan, co bardzo niekorzystnie wplynelo na atmosfere tejze wyrypy. Wiekszosc sklepow na bazarach byla pozamykana, co istotnie zubozylo proces socjalizacji z ludnoscia autochtoniczna. Jednoczesnie, nie wiedziec czemu, polowa mieszkancow Bagdadu zdecydowala sie na wycieczke na polnoc, co podnioslo ceny w hotelach do astronomicznej dla mnie stawki 150 dolarow za pokoj. Cytujac wielokrotnie juz tu i owdzie cytowanego Fina: "Its not my style". Na szczescie udalo sie zamieszkac za rozsadna cene 20 dolarow w jednym z hoteli dzieki mojej narodowosci. Otoz menadzerem okazal sie byc czlowiek, ktory mieszkal w Anglii przez 10 lat i - niech przemowia jego wlasne slowa: "My girlfriend was from Poland, she's name was... she's name was... God damned, so you need a room?". Gosc stwierdzil, ze z powodu konca Ramadanu bede mial powazny problem ze znalezieniem miejsca i dal mi pokoj za prawie polowe ceny, ktora bierze od Arabow. Tej nocy ponoc 11 tysiecy osob spalo na ulicach.


"Spojrz na nich, oni wszyscy sa Arabami. Jesli ja pojade do nich, to mnie zabija, oni przyjezdzaja  tutaj i sa bezpieczni. Chodza po ulicach i  nikt im nic nie zrobi."

Iracki Kurdystan to miejsce, w ktorym mieszkaja ludzie czujacy swoja odrebnosc i posiadajacy wlasna tozsamosc narodowa. Moi rozmowcy wielokrotnie podkreslali, ze sa Kurdami, a nie Arabami. Tak bylo w hotelu, tak bylo na bazarze i przy fajce wodnej. Swiat wyraznie podzielony na 'my' i 'oni'. Z tego co zauwazylem tutaj Arabow sie nie lubi, wrecz czasami nienawidzi.

"There are no words like 'good' or 'bad' for Bagdad. It's hell itself, believe me."
Ludzie ewidentnie zmeczeni juz sa wojna. Maja dosyc i chca miec juz normalne zycie. Jeden z chlopakow, student farmacji, wspominal czasy, kiedy mieszkal w Bagdadzie, mial tam przyjaciol i swoje wlasne zycie. Ale wojna i nienawisc wygnaly go na polnoc. Powiedziano mi, ze Arabowie tluka kazdego obcego, bez znaczenia czy to Kurd, czy Europejczyk, np. Polak w potarganej koszulce.

"... black gold... Yes, petrol is our curse"

No i wiadomo o co chodzi. Dobrze, ze w Polsce nie odkryto zloz ropy naftowej, bo chlopcy ze Stanow Zjednoczonych przyjechaliby do nas z misja wyzwolencza.

Na drogach wewnatrz kraju co kilka kilometrow jest check-point, na ktorym armia sprawdza dokumenty. Co ciekawe, w Iraku na punktach kontrolnych widzialem mniej zolniezy, niz w poludniowo-wschodniej Turcji, ale jak zobaczylem kolczatke, ktora moglaby zatrzymac czolg, to mina mi zrzedla... W poludniowej czesci sa dwa miasta, ktorych nazwa wieje dla nas smiercia. To Mosul i Kirkuk. W tych miastach biala geba nie jest mile widziana. Naprawde. Nawet Kurdowie sie stamtad wynosza i przeprowadzaja na polnoc. Lokalna wiesc niesie, ze w Mosulu przetrwalbym jakies pol godziny. Tyle zajmuje wykonanie odpowiednich telefonow chlopakom, ktorzy na ulicach zaobserwuja jakiegos obcego. Problem polega na tym, ze wszystkie drogi laczace wieksze miasta przejezdzaja niedaleko wymienionych miejscowosci. Trzeba dwa razy pytac kierowce, czy na pewno omija taki na ten przyklad Mosul. Glupio byloby zarobic kulke w leb tylko z powodu bledow w komunikacji. Przyznam, ze poczulem delikatny dreszczyk emocji, kiedy jadac z Erbilu do Suleymanii wjechalismy na obwodnice przejezdzajaca przez przedmiescia Kirkuku.

Na koniec ciekawostka.
Pieniadze w irackim Kurdystanie wymienia sie na ulicach. Dosc zabawnie to wyglada - przy lichym stoliczku lub tekurowym pudle siedzi usmiechniety Kurd i ma wystawione potezne pliki banknotow spiete jedynie gumka. Zupelny i absolutny brak kuloodpornych szyb charakterystycznych dla naszych kantorow. Oznacza to pewnikiem, ze waluciarze czuja sie bezpiecznie a kradzieze sa tutaj zjawiskiem zupelnie marginalnym.