Suleymani

Do Suleymani dojechalismy autobusem. Chyba niedawno otworzyli polaczenia, bo relacje z poprzedniego roku jeszcze mowily o taksowkach jako jedynych mozliwych srodkach transportu. Ciesze sie z tego bardzo, bo udalo nam sie podrozowac z ludem, podejsc blisko i zobaczyc jak to wszystko wyglada. Zza szyby klimatyzowanej taksowki, ze sztucznie wygenerowanego swiata pasujacego raczej dla bogatych to sie nie moze udac. Kiedy jest zbyt latwo nie zobaczysz nawet ulomka tego, co sie naprawde w kraju dzieje.

W hotelach czekal na nas znowu ten sam nieprzyjemny taniec. W zwiazku ze swietami praktycznie wszystko pozajmowane. Jedyne miejsce, ktore udalo nam sie znalezc po prawie godzinnych poszukiwaniach okazalo sie nieprzyjemna nora (jedno dwuosobowe, porzucone na betonie lozko, ja musialbym spac na ziemi), za ktora gosc chcial 25 dolarow od bialego lba. Troche poczulismy sie zrezygnowani. Po krotkim odpoczynku (tutaj temperatury siegaja 35 i wiecej stopni, co czyni spacer z dwudziestokilogramowymi plecakami nieco uciazliwym) zostawilismy jarzmo w recepcji i ruszylismy na ostatni rekonesans. Na szczescie trafilismy do hotelu, w ktorym mieli miejsce i - co najwazniejsze, zwazywszy na powszechne w tym rejonie swiata ceny liczone w dziesiatkach dolarow za miejsce - chcieli sie targowac. Uzylem wszystkich swoich umiejetnosci negocjacyjnych wlacznie ze skrobaniem cen z uzyciem arabskich cyfr (ktorych nauczylem sie podczas pobytu w Iranie), co pozwolilo nam zjechac do ceny 50 dolarow za pokoj. Gospodarz rzekl, ze wyjatkowo, bo lokalni placa wiecej. Wierze mu.

Wreszcie mozna bylo uwolnic sie od turystycznych obowiazkow i zajac sie wlasnymi sprawami. Caly wieczor spedzilem na bazarowej bujace - Czesi poszli swoja droga, nasze koncepcje dotyczace zagospodarowania czasu nie do konca sa zbiezne. Ja celowo uciekam od wszelkich form miejskiej turystyki, nie interesuje mnie tutaj ogladanie architektury. Ponoc jest kilka miesc do ogladniecia, ale osobiscie wole posiedziec z lokalsami w herbaciarni. Taki wybor.
Wiec biegalem z aparatem, jadlem i pilem z autochtonami, od czasu do czasu przystajac na krotka, tymczasowo-jednorazowa pogawedke... Tak, to byl mily dzien.