Jak wywołałem trzeci weganizm światowy (w Tambacounda)


Wchodzimy do mikro-baraczku ze śniadaniem. Falista blacha, dwoje drzwi i okno, dwie ławki pod kątem prostym, nisko zawieszony blat mistrza ceremonii, butla gazowa, patelnia i pojemnik na kawę z ziołami. W szacownym miejscu stojaczek z surowymi jajkami - głównymi bohaterami spektaklu. Widzowie się schodzą. Ławki zajęte. Mistrz ceremonii rozbija jajko, wkraja cebulę, wrzuca na dymiący olej. Omlet trafia do przeciętej bagietki, a ta do ręki widza.

I tutaj pojawia się mistrz suspensu - weganka. Spośród wszystkich dostępnych u mistrza ceremonii produktów wegańska jest bagietka, surowa cebula oraz przyprawy. Pokazałem palcami mistrzowi ceremonii jak ogarnąć weganizm: cebula poszatkowana, przyprawiona, trafia na olej, kilkadziesiąt sekund piekła i do bagiety. Vegan na sto dziesięć procent. Ten proces jest już nie do zatrzymania. Afryka będzie zielona...

A jeśli już o bagietach mowa.
Francuzi zostawili tutaj po sobie pieczywo. Lokalsi zaadaptowali na swój sposób. Można kupić bagietkę z karmelizowaną cebulą i dodatkami: jajko, smażona samoska, szaszłyk z wątróbek lub innego mięsa. Majonez i ostra papryka. Można się tym żywić. Jutro będziem też tak żreć.