Rzecz o podróżowaniu
Po Senegalu podróżuje się w stylu afrykańskim. W miastach, zazwyczaj poza centrum, znajdują się parkingi - dworce autobusowe, z których startują transporty. Każdy startuje jak się wypełni. Oznacza to, że nigdy nie wiesz kiedy pojedziesz. Coś jak autostop - dojedziesz na pewno, ale... kiedyś. Być może o dwunastej, być może o piętnastej. Średni czas oczekiwania na start to godzina. Jak masz pecha, to może być dwie i więcej. Kiedyś w Ugandzie wpadliśmy na dworzec jak wypełniło się ostatnie miejsce w busie. Pojechał i pomachał nam ogonem. A my wbiliśmy do nowego, świeżego, lecz pustego. Mogliśmy sobie wybrać miejsce, ale zanim się napełnił minęło kupę czasu. A minibus, który nie jedzie, to bardzo gorący i duszny minibus.
W Senegalu podstawową formą jest seven-sitter. Kombi przerobione tak, że można w nim usadzić siedem osób plus kierowca (na pace ma dodaną kanapę, na którą wbijają trzy osoby). Tańszy jest minibus, w którym jedzie kilkanaście osób (bodaj czternaście). Z tego co widzę, są limity wsadu i ich przestrzegają. W Ugandzie do takiego samego busa weszło dwadzieścia kilka osób plus kogut ;-). Wtedy poczułem się nieco klaustrofobicznie.
Rytuał przejazdu: kierowca po starcie obowiązkowo rozlicza się z naganiaczami (którzy załatwiają mu klientów, sprzedawcą biletów oraz dworcem). Czasami negocjacje stają się bardzo emocjonalne. Pojawia się tłum gapiów, rozjemców, moderatorów. Jak już wszyscy są kumplami i wyjaśnili różnice w poglądach, wyjeżdżamy. Pierwszy przystanek - stacja benzynowa. Podbijamy do baku na włączonym silniku i bujamy. Wyjazd z miasta, godzina w korku, potem już prowincja. Oddech.
Autobusy dalekobieżne z ustalonym rozkładem jazdy są w nowością. Wczoraj kupiliśmy bilety na jeden taki z Dakaru do Tambacounda. Biuro sprzedaży biletów obecnie znajduje się w autobusie (w bardzo wygodnym bagażniku, w którego duża klapa osłania od promieni afrykańskiego słońca), z tego co widziałem nowa siedziba się właśnie buduje - miły drewniany dom tuż obok olbrzymiego ronda.
