Rzecz o komunikacji miejskiej
Komunikacja miejska w Dakarze jest całkiem nieźle zorganizowana. Po ulicach popylają autobusy miejskie; ponumerowane, z ustalonymi przystankami. W środku każdego autobusu znajduje się blaszany kiosk pana konduktora, który sprzedaje bilety. Ceny zależą od przejechanego dystansu, mniej więcej podobne do krakowskich.
W stolicy nie istnieje popularny we wschodniej Afryce transport motorowy zwany w Ugandzie bodaboda (wsiadasz bez kasku na motor i pan cię wiezie pomiędzy stojącymi w korku samochodami). Spotkaliśmy się z tym w innych, mniejszych miastach, ale nie w Dakarze. Pewnikiem zakazali, bo to mało bezpieczny styl podróżowania, choć świetny na zakorkowane ulice. Jak swego czasu w Kampali śpieszyliśmy się na autobus (i nieopacznie powiedzieliśmy to cyklistom, którzy niezmiernie się ucieszyli na zbliżający się wyścig), goście pokazali nam co to znaczy sprint w miejskiej dżungli, z pewnymi partiami pod prąd. Wiatr we włosach mam do dziś.
Taksówki są pomalowane na prawie jednolity kolor, żółto-czarny (przynajmniej wiadomo który to taksiarz). Niektóre niemiłosiernie poobijane, stan techniczny fantazyjny. Liczników nie mają, trzeba się targować przed wejściem do bryczki. Taksówkarze koszty dłuższej trasy mnożą razy dwa, więc warto wcześniej spytać jakiegoś autochtona o średnią cenę, żeby wyrównać szanse. I zazwyczaj daje się do tej ceny stargować. Ale proces negocjacji bywa czasochłonny. Jak jechaliśmy na lotnisko (60 km od Dakaru), koncert życzeń zaczęliśmy od odpowiednika naszych dwustu złotych. Stanęliśmy na około stu.
Ubera i innych takich jeszcze nie sprawdziliśmy. Kto wie, może już całkiem sprawnie działa.
