Senegal - pieśń na wyjście. Rzecz o ograch, kremówkach i cebulach
Senegal jest przefajny. Podobnie jak ogry, cebule i kremówki ma różne warstwy.
Warstwa pierwsza to turystyka wyznaczona granicą internetów. Nakreśla ją chmura punktów google maps, bookingów i im podobnych. Skorelowana jest z obszarem geograficznym głównie nad wybrzeżem; jest gwiazdkowa, plażowa i surfingowa. I ceny ma słuszne. Miejsce w dormie w hostelu w Dakarze kosztuje naszą stówkę od osoby (piętnaście tysięcy ichnich franków), za żarcie obiadowe trzeba wyskoczyć z około trzech naszych dyszek.
Druga warstwa to świat poza sieciową chmurą. Tam ceny są całkiem fajne. Na ulicach, o ile wiesz ile się płaci i ominiesz próby wrzucenia ci tourist price, można jeść całkiem tanio. Uliczna bagietka z dobrym wsadem, w sam raz na śniadanie, kosztuje poniżej trzech złotych, mieszkać w fajnym pokoju można za trzy dychy od osoby. Ale trzeba wiedzieć gdzie szukać. Czasem poznać kogoś, kto poleci coś fajnego, ale internetowo niewidocznego.
Wschód kraju jest nieco inny od zachodu. Jest mniej dróg, duże miasta to obiektywnie małe miasta. Są regiony, które wydają się jeszcze ciepłe po niepokojach ostatnich lat. Kiedy jechaliśmy na południu kraju, koło granicy, przekraczaliśmy wiele różnych uzbrojonych check pointów, na którym sprawdzali dokumenty wszystkim pasażerom.
Nie widziałem natomiast, żeby podczas mijania blokad kierowca zostawiał jakieś prezenty lokalnym autorytetom. Byłem całkiem niedawno w innym kraju afrykańskim, w którym na porządku dziennym było umieszczanie (niewielkiego) banknotu w prawie jazdy wręczanemu zatrzymującemu nas policjantowi. I tak co kilkadziesiąt kilometrów. A tak z dziesięć lat temu w Kirgistanie, kierowcy stosowali metodę potrząsania dłońmi. Składał taki banknot w kwadrat, umieszczał w zagłębieniu dłoni i witał się z gliniarzem :-). W Senegalu proceder ten - o ile istnieje - jest nieco bardziej dyskretny.
Transport jest wygodnie zorganizowany. Minibusy i sept-place jadą jak się wypełnią. Ale na szczęście na dworcu ustawiają się w kolejce i ładują pasażerów do jednego, dzięki czemu szybciej się wypełnią. Na dworcach nad sytuacją panuje szeryf, który sprzedaje bilety i potem pobiera dworcową opłatę od kierowcy. Czasem odbywa się to w atmosferze skandalu, bo kierowca chce jak najwięcej za jak najmniej, a szeryf jak najmniej za jak najwięcej. Są też międzymiastowe linie autobusowe, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę w kraju. A i tak całkiem fajnie zorganizowane. Nie rezerwują miejsc po numerkach. Natomiast do autobusu wywołują w kolejności kupowania biletów. A jak po podróży wydają bagaże, to ustawiają ludzi za ogrodzeniem ze sznurka i wywołują po nazwiskach. Nie ma walki łokciami. I nikt ci nie świśnie bagażu.
Żarcie całkiem przyjazne. Francja pozostawiła po sobie bagietki i pieczywo. Senegal je zagospodarował po swojemu. Wsadem podstawowym jest karmelizowana cebula. Wzbogacana innymi dodatkami zależnymi od zasobności kieszeni. W kanonie jest kilka autorskich potraw z ryb. Jest pomidorowe rybne thieu, jest yassa z marynowaną rybą lub kurczakiem, orzechowy niby-gulasz mate. No i wegetarianie nie umrą z głodu. Zawsze coś się da wymodzić, monotonnie, ale jednak. Warzywa, ziemniaki, ryż są wszędzie.
W Senegalu bawiliśmy się doskonale. Pewnikiem wrócimy do innych krajów regionu.
Warstwa pierwsza to turystyka wyznaczona granicą internetów. Nakreśla ją chmura punktów google maps, bookingów i im podobnych. Skorelowana jest z obszarem geograficznym głównie nad wybrzeżem; jest gwiazdkowa, plażowa i surfingowa. I ceny ma słuszne. Miejsce w dormie w hostelu w Dakarze kosztuje naszą stówkę od osoby (piętnaście tysięcy ichnich franków), za żarcie obiadowe trzeba wyskoczyć z około trzech naszych dyszek.
Druga warstwa to świat poza sieciową chmurą. Tam ceny są całkiem fajne. Na ulicach, o ile wiesz ile się płaci i ominiesz próby wrzucenia ci tourist price, można jeść całkiem tanio. Uliczna bagietka z dobrym wsadem, w sam raz na śniadanie, kosztuje poniżej trzech złotych, mieszkać w fajnym pokoju można za trzy dychy od osoby. Ale trzeba wiedzieć gdzie szukać. Czasem poznać kogoś, kto poleci coś fajnego, ale internetowo niewidocznego.
Wschód kraju jest nieco inny od zachodu. Jest mniej dróg, duże miasta to obiektywnie małe miasta. Są regiony, które wydają się jeszcze ciepłe po niepokojach ostatnich lat. Kiedy jechaliśmy na południu kraju, koło granicy, przekraczaliśmy wiele różnych uzbrojonych check pointów, na którym sprawdzali dokumenty wszystkim pasażerom.
Nie widziałem natomiast, żeby podczas mijania blokad kierowca zostawiał jakieś prezenty lokalnym autorytetom. Byłem całkiem niedawno w innym kraju afrykańskim, w którym na porządku dziennym było umieszczanie (niewielkiego) banknotu w prawie jazdy wręczanemu zatrzymującemu nas policjantowi. I tak co kilkadziesiąt kilometrów. A tak z dziesięć lat temu w Kirgistanie, kierowcy stosowali metodę potrząsania dłońmi. Składał taki banknot w kwadrat, umieszczał w zagłębieniu dłoni i witał się z gliniarzem :-). W Senegalu proceder ten - o ile istnieje - jest nieco bardziej dyskretny.
Transport jest wygodnie zorganizowany. Minibusy i sept-place jadą jak się wypełnią. Ale na szczęście na dworcu ustawiają się w kolejce i ładują pasażerów do jednego, dzięki czemu szybciej się wypełnią. Na dworcach nad sytuacją panuje szeryf, który sprzedaje bilety i potem pobiera dworcową opłatę od kierowcy. Czasem odbywa się to w atmosferze skandalu, bo kierowca chce jak najwięcej za jak najmniej, a szeryf jak najmniej za jak najwięcej. Są też międzymiastowe linie autobusowe, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę w kraju. A i tak całkiem fajnie zorganizowane. Nie rezerwują miejsc po numerkach. Natomiast do autobusu wywołują w kolejności kupowania biletów. A jak po podróży wydają bagaże, to ustawiają ludzi za ogrodzeniem ze sznurka i wywołują po nazwiskach. Nie ma walki łokciami. I nikt ci nie świśnie bagażu.
Żarcie całkiem przyjazne. Francja pozostawiła po sobie bagietki i pieczywo. Senegal je zagospodarował po swojemu. Wsadem podstawowym jest karmelizowana cebula. Wzbogacana innymi dodatkami zależnymi od zasobności kieszeni. W kanonie jest kilka autorskich potraw z ryb. Jest pomidorowe rybne thieu, jest yassa z marynowaną rybą lub kurczakiem, orzechowy niby-gulasz mate. No i wegetarianie nie umrą z głodu. Zawsze coś się da wymodzić, monotonnie, ale jednak. Warzywa, ziemniaki, ryż są wszędzie.
W Senegalu bawiliśmy się doskonale. Pewnikiem wrócimy do innych krajów regionu.
