Rzecz o pozostaniu w domu, z którego się wyszło

 
Swego czasu wyjazd poza Europę gwarantował pełne odcięcie od świata (tego domowego, 'czywiście). Brak dostępu do wiadomości z kraju, dla jednych fajny, dla innych uciążliwy. Prasy niet, Internetu wcale albo sporadycznie. Sprawy się nieco pozmieniały. Przyszły kafejki internetowe. Potem czas zatłoczonych kafei, pełnych turystów złaknionych domowych wieści i autochtonów spragnionych różnych aspektów Internetu dawno przeminął.

WIFI jest powszechnie dostępne w hotelach i resto, a telefoniczny internet tani. Kartę sim otwierającą drogę do bycia one-god-damn-hundred-percent-online można kupić na lotnisku jeszcze w strefie niczyjej. Dom, a ściślej okno nań, jest oddalony od głowy najwyżej na metr: buja się w plecaku lub kieszeni spodni pod postacią telefonu stale połączonego z siecią globalną.
 
Dziś na turystę czeka wiele wyzwań - sam musi zadbać o izolację. Kiedyś na tripach Internet był skwantowany. Podzielony na porcje wyznaczane wizytami w kafejce od jednego (większego) miasta do drugiego. A pomiędzy bezwarunkowa cisza, czasem błoga. To Wycieczka za turystę decydowała, że sieci brak, turysta był postawiony przed faktem dokonanym i nie musiał się kłopotać podejmowaniem decyzji. Dziś turysta ma WYBÓR, największy skarb i przekleństwo człowieka. Bo onlinowy turysta wychodząc z domu jednocześnie w nim pozostaje. Ze wszystkimi tego plusami i minusami.