Rejs oceaniczny
Wsiadamy na łajbę. Nie wierzyłem, że to się uda. Ta wycieczka to specyficzna, czasowo ciasna sekwencja przeróżnych koincydencji i silnie zależy od szczęścia w łapaniu kolejnych środków transportu. Tym razem się udało. Po różnych, acz błyskawicznych perypetiach dojechaliśmy do miejscowości Zigiunchor, stolicy południowego regionu Casamance. O godzinie jedenastej udało się nam zarezerwować bilety na godzinę trzynastą na dość popularnej trasie do Dakaru (w środku Senegalu leży Gambia, co jest, jak lokalna wieść niesie - 'jak palec'; stąd droga lądowa z południa na północ wymaga albo długiej objazdówki, albo tranzytu; dla lokalsów nie problem, dla nas, wizowców - już tak).
Na szczęście została wolna kabina. (Online rezerwować jeszcze nie można, gdyż ponieważ nie). Szybkie kupowanie śniadania (na które wcześniej czasu nie stało) od mamy sprzedającej bagietki z przeróżnym wsadem (również wegańskim), jakieś przekąski, obowiązkowa woda. Wbijamy do strefy okrętującej. Oczywiście liczni pomocnicy, chętnie nam pokażą co gdzie i jak, choć w miarę wyraźnie oznaczone, potem - a jakże - proszą o kasę. Zdeponowaliśmy bagaże, kilkukrotna kontrola bezpieczeństwa, no i wbijamy do kajuty. Cztery prycze, miła i przestronna. Ciepły (do diaska!) prysznic. Spędziliśmy kilka godzin na pokładzie oglądając brzegi rzeki Gambia, a potem bujaka po Atlantyku na północ. Non-trans-but-still-Atlantic experience. Kilkanaście godzin fajnej kołysanki z czytaniem na pryczy w tle.
