Przygoda do ostatniej chwilii


 
Jedziemy taksówką na lotnisko. Targi się odbyły, ustaliliśmy, że pięćdziesiąt procent ceny wyjściowej to całkiem git cena i wszystkim się opłaca. Znowu jesteśmy z kierowcą kumplami. Ruszamy. Silnik daje pierwszy niepokojący sygnał na bramkach autostrady. Gaśnie. Szofer przepycha bryczkę przez szlaban i w biegu wskakuje, odpala. Po kilku kilometrach bryka klęka. Zatrzymujemy się z rozpędu kilkaset metrów dalej na pasie awaryjnym. Jesteśmy w czarnej dziurze, w środku krainy nigdzie, strefy, która nie istnieje, strefie pomiędzy. Transportowe bycie w strefie pomiędzy wygląda tak, że samochodów jest od metra, ale wszystkie pełne. Wszak taksówkarze nie zapuszczają się na płatną autostradę w poszukiwaniu klientów. Mały popyt.

Ustawiamy się z bagażami za samochodem, machamy zawzięcie. Czas ucieka, lot się zbliża, rozważamy zawiłości tej przygody i zadajemy sobie pytanie o chichot tej historii, która pozwoliła nam przejechać bez awarii cały Senegal bryczkami, których niektórzy mechanicy nawet na części by nie wzięli, wyczekała swoją chwilę i w pieczołowicie dobranym momencie pokazała pazurek. Nasza przygoda od pierwszego do ostatniego dnia ma wyrazisty smak. Wpadliśmy na luzacką wizytę do Senegalu na jedenaście dni, myśleliśmy, że zobaczymy dwa - trzy miejsca, a objechaliśmy kraj dookoła finiszując wisienką na torcie - nocnym rejsem statkiem po Atlantyku. Smaczna wycieczka.

Na szczęście udaje się zatrzymać innego taksiarza, który ogarnął podział opłaty z naszym taksówkarzem, namówił swoich klientów (młodą parkę lokalsów rozmawiających ze sobą po francusku) na nieplanowaną wycieczkę zorganizowaną na airport. No i bujamy. Całkowita zmiana scenerii. Nowa bryka, klima, muza. Dojeżdżamy na czas.