Etiopia - kraj tańczących sylwetek

Podczas pierwszego, popołudniowego spaceru poznaliśmy kilometr bieżący tego kraju. Stolica ma trzy miliony mieszkańców, ale nie widać tego na pierwszy rzut oka. Oczywiście ulice zatłoczone, ale bez przesady. Architektura dopiero się rodzi, dominują niskie budynki, baraki, w których kwitnie lokalna przedsiębiorczość. Supermarketów jeszcze nie widzieliśmy, choć – jak przewodnicka wieść niesie – ponoć istnieją.

Śpimy w regionie teoretycznie okupowanym przez budżetowych turystów, ale to nie wpłynęło na specyfikę dzielnicy. Nie ma sklepów adresowanych do nas – serwujących pamiątki, rękodzieło, czyli mniej lub bardziej wyszukany turystyczny bullshit. Za to jest mnóstwo sklepów, ktore serwują rzeczy potrzebne lokalnie: ciuchy zmieszane z zakładami fryzjerskimi, jakimiś wypełnionymi beczkami z olejem warsztatami i barami. Jeśli już o barach mowa, to alkohol z tego co widzieliśmy się pije i to niekoniecznie w małych ilościach.

W zakresie relacji społecznych nie ma przesady w żadnym kierunku – nie widzieliśmy ortodoksji czy też nadmiernego wyuzdania. Mężczyźni, chodząc po uliach, trzymają się za ręce (co nie jest niczym dziwnym w takiej Afryce, czy też Azji). Kobiety ubierają się swobodnie i dominuje tendencja europejska – dekolty są głębokie a dżinsy obcisłe. W barach przy piwie widać mieszane pary (choć do niedawna kobieta w barze uznawana była ponoć za prostytutkę) i raczej nie trzeba ukrywać uczuć. Widzieliśmy parki wchodzące w bliski kontakt – trzymanie sięza ręce czy obejmowanie w miejscach publicznych się zdarza – może nie nagminnie, ale jednak.

Ulice to niezły tygiel. Biedak śpi w kurzu obok bogatego przechodnia, pan w garniturze (niebieskim i przydużawym) mija pokrzywionego przez jakąś ciężką chorobę garbusa bez nóg. Pomiędzy nimi przechadzają się chłopcy sprzedający bezpośrednio z tacy orzeszki ziemne, owoce, patyczki do czyszczenia zębów (takie coś się rozgryza na końcu aż się zmieni w szczoteczkę i za pomocą tego czyści dziąsła i zęby). Na chodnikach stoją wagi, za pomocą których za drobną opłatą można nabawić się bogactwa kompleksów dotyczących własnego wyglądu i całego stada postanowień, których wspólną nazwą jest ‘od jutra’. W zakresie ubioru na ulicach widać specyficzną miksturę bylejakości skontrastowanej z osobami świadomie wystylizowanymi – choć tych jest istotnie mniej. Wygląda to na wczesny PRL z nutką azjatyckiej swobody. Za krótko tutaj jesteśmy, żeby stwierdzić, czy to co widzimy jest fazą procesu konstrukcji, czy dekonstrukcji, jeśli w ogóle jakikolwiek proces istnieje (bo przecież może być stagnacja). Niemniej jednak widać dużą stratyfikację.

Ruch jest prawostronny i co do zasady trzymają się tego tematu, choć np. podział na pasy ich nie obowiązuje. Autochtoni jeżdżą tak, jak pozwalają inni uczestnicy ruchu ulicznego, czyli na dwóch nitkach zmieszczą się trzy samochody dość chaotycznie ustawione w dostępnej przestrzeni. Żeby to odczuć, należy do tego dodać kurz, stonowaną temperaturę i delikatną osnowę klaksonohałasu. Oczywiście do abslutnej gwiazdy w tej kategorii, czyli Indii, wiele im brakuje. Ale widać swobodę, która dawno już odparowała z ulic Europy. Natomiast lata minione przywołują dość licznie występujące Garbusy – na jednym kilometrze bieżącym tegoż kraju widzieliśmy co najmniej cztery wciąż sprawne maszyny.

Temperatura nie rozpieszcza. W dzień mamy tutaj 20 stopni jeśli świeci słońce, w nocy spada to poniżej 10 stopni. Nosimy długie spodnie i bluzy, bo jest tak jak podczas naszej złotej polskiej jesieni – w cieniu zimno, w słońcu ciepławo. Addis Abeba jest na wysokości 2300 metrów nad poziomem morza, co determinuje humor Celsjusza. Zgodnie ze świecką i patriotyczną tradycją odwołam się do naszego lokalnego podwórka – to jakby być 200 metrów poniżej szczytu Rysów. I tak będziemy mieli przez większość naszej wycieczki – wszak bujamy po płaskowyżu.

Na i na koniec rzecz o alfabecie. Alfabet – przeładny. Wygląda jak zestaw tańczących sylwetek.