W stronę Gondaru

Dopadli nas. Dziesięciu naganiaczy;
jeden przez drugiego, klata w klatę,
krzyczą, zastawiają drogę, 
pytają o destynację; 
tak, obsiedli nas... 
obsiadły nas.

O poranku zdecydowaliśmy się zerwać z turystycznego łańcucha i pojechać do Gondar w stylu lokalnym, czyli minivanem ruszającym z dworca autobusowego. Jak dojechaliśmy na miejsce, od razu obsiadło nas stado namolnych naganiaczy; dość uciążliwych, przyznam. Potem z relacji jednego z pasażerów dowiedzieliśmy się, że z daleka było słychać nasz przyjazd - wieść o tym, że białasy zbliżają się trójkołowym bajaj* wprawiła pół dworca w wyrażaną paszczowo ekscytację. Na szczęście jeden z minivanów był praktycznie pełny, więc nie mieliśmy problemu z wyborem. Po krótkich, acz owocnych negocjacjach dobiliśmy targu, wlazłem na dach i - ku zdziwieniu autochtonów - samodzielnie przywiązałem bagaże. Potem okazało się dlaczego goście byli tacy zdziwieni i tak głośno krzyczeli: otóż werbowali swoich pasażerów pod dworcem nielegalnie i jakaś kontrola ich przyuważyła, więc chcieli jak najszybciej spadać z miejsca zdarzenia z gorącym uczynkiem w środku.

Miałem fajną bujakę w tym wehikule. Szofer uruchomił na cały regulator reggae, a ja - rytmicznie - oglądałem w trójwymiarze kino społeczno-przyrodnicze. Widzieliśmy hipopotamy w Błękitnym Nilu. Widzieliśmy pogrzeb i ciało owinięte białym całunem niesione na naprędce skonstruowanej lektyce. Widzieliśmy zabałaganione wioski, targowiska, stada bydła prowadzonego wzdłuż drogi przez okutanych w luźne szaty młodzików wyposażonych w kijki mocy do tłuczenia bydła, które zlazło z trasy. I widzieliśmy jak szofer uprawia slalom gigant pomiędzy ciężarówkami. Jadącymi po obu stronach drogi. Tak, lubię jeździć autobusami z ludem. Tylko tak można zobaczyć kraj w pełnej okazałości. I przy okazji konstruktywnie się zmęczyć - wszak ten styl podróżowania daleko odbiega od europejskich standardów.

---
* bajaj to nic innego jak autoriksza (nazwa z Indii) lub tuk-tuk (nazwa z Azji Południowo-Wschodniej)