Posty

Podróż w jednym słowie

Inspiracja

Miasto Królów

Dotarłem bezpiecznie do Miasta Królów, zamknąłem w ten sposób pętlę i dojechałem do punktu wyjścia, który opuściłem mniej więcej pół roku temu. Siedzę teraz na krakowskim rynku i kończę obrzędy powitalne opisane w poprzednim wpisie. Jest bosko. I nawet nie drażni mnie, że na menu musiałem czekać pół godziny, a pod kiblem stoi ponury typ z miską i czyha na drobne klientów restauracji ;-). A więc, Bracia i Siostry, wykonało się. Wyprawę dookoła świata uznajemy za zamkniętą. Dziękuję tym, którym chciało się czytać tego bloga. Szczególnie dziękuję tym, którym chciało się pisać do mnie maile, jakże przyjemne i egzotycznie brzmiące po drugiej stronie świata. Warto też na zakończenie posypać głowę popiołem ;-). Wszystkich wytrwałych, którzy przedarli się przez ten gąszcz przepraszam za szyku przestawnego nadużywanie, za zapędy grafomańskie sygnalizowane przez tych, na których można liczyć, za odmienianie na wszelkie możliwe sposoby autochtonów, lokalnych ludków, tubylców, lokalsów, ...

Perfekcyjny plan

W ramach perfekcyjnego planu rzucenia kotwicy w Mieście Królów zamierzam jutro uderzyć na rynek i dokładnie w samo południe wypalić cygaro i wypić kufel zimnego piwa. Cygaro odpalę jak trębacz zacznie odtwarzać mit...

Pieśń na wyjście

Bracia i Siostry, Impreza ma się ku końcowi. Dzisiaj pakuję się do samolotu z Eidhoven do Katowic i w okolicach dziewiątej wieczorem moje buty powinny stanąć na polskiej ziemii, by dwie godziny później dotrzeć do słodkiego Miasta Królów. Zgodnie z nową świecką tradycją wprowadzoną kilka lat temu należy nam się odrobinę statystyk. Była to impreza, w której dużą rolę odegrał przypadek, a przeróżne koincydencje napisały jej scenariusz. Teraz jestem diabelnie zmęczony, bo jechałem przez pół roku na wysokich obrotach i nie miałem za dużo czasu na odpoczynek, ale dzięki temu podróż była wspaniała. Ileż to razy krzyczałem: ale jest zajebiście, chwilo trwaj! Miałem mało czasu, więc czasami spałem po cztery godziny dziennie, żeby dłużej nacieszyć się miejscem. Fundamentami idei przyświecającej imprezie były zmiana i prędkość przemieszczania się, które umożliwiły błyskawiczny przegląd kultur, światopoglądów, różnych warunków geograficznych. W związku z tym podróż miała charakte...

Nostalgie

Powroty to dobry moment, żeby rzec co nieco o nostalgii, bo w finałowej fazie podróży można się spodziewać jej punktów kulminacyjnych. Czy tęsknię za światem, który zostawiłem za sobą? Owszem, tęsknię. Za pewnymi rzeczami. Są też takie, do których absolutnie mi nie spieszno. Jestem włóczykijem, długo nie zagrzeję miejsca, ale otaczająca mnie przestrzeń ma niejednolitą strukturę, istnieją punkty, które lubię bardziej... Tęsknię za  przyjaciółmi, przedmiotami, które czynią życie wygodnym, miejscami, drobnymi, wypracowanymi przez lata nawykami. Tęsknię za swoim łóżkiem, czystą, pachnącą pościelą i wanną pełną gorącej wody. Bieżącą, ciepłą wodą. I czystymi ciuchami, wypranymi w normalnej pralce, wysuszonymi jak pan bóg (albo bogowie) przykazał. Tęsknię również za oswojoną i bezpieczną przestrzenią, którą doskonale znam. Tęsknię za drobnymi przyzwyczajeniami, o których powoli zaczynam zapominać. Lubiłem przecież spacery po mieście z łokiem na uszach, koncerty w krakowskich piwnica...

Powroty

Nadchodzi czas na powolne zwijanie żagli - dzisiaj pięć minut przed północą wsiadam do samolotu, który poniesie mnie w stronę Europy, gdzie napisze się ostatni rozdział niniejszej podróży. Znowu - zupełnym i absolutnym przypadkiem - podczas powrotu do domu zahaczam o Amsterdam, gdzie zamierzam odbyć kwarantannę, i przygotować się psychofizycznie do, oby miękkiego, lądowania w codzienności, którą sześć miesięcy temu zawiesiłem na kołku. Do Miasta Królów, miłego memu miejscu po kamiennym sercu, zamierzam zawitać 18 lipca roku pańskiego ostatniego. Eh, gardło ściśnięte, plecak spakowany. Idę zaraz pokonwersować z pumeksowymi rybkami, zjeść ostatnią wieczerzę, pobujać po nocnym markecie. Potem wsiadam w lokalny transport i pozwolę się zawieźć na lotnisko, ostatni skrawek azjatyckiej ziemi, który będzie mi dane czuć pod stopami podczas niniejszej imprezy...

Rybki

Włożyłem nogi do wody. I nagle ryby, mnóstwo ryb, stopy zniknęły w gęstwinie. Mój zmysł dotyku oszalał, łaskotanie przekroczyło granice wytrzymałości. Podskoczyłem i wyciągnąłem nogi. Spróbowałem drugi raz, eksplozja iskierek, dziesiątek łaskoczących punktów, spróbowałem wytrzymać dłużej, ale nie udało się. Spojrzałem na gościa naprzeciwko, który siedział z kamienną twarzą i przyglądał się mojej ławeczkowej ekwilibrystyce. - Przyzwyczaisz się, poczekaj chwilę. No i miał rację. Po jakimś czasie udało mi się usiąść spokojnie. Rybne spa, taka wielopunktowa, organiczna forma pumeksu. Wkładasz nogi do wody, a ryby sprzątają co tam jest do posprzątania. Wrócę do nich, zmierzę się jeszcze z rybkami, co stopy gryzą. Moja przygoda w Kuala Lumpur dobiega końca. Odwiedziłem wszystkie miejsca, które uznałem za godne uwagi. Oglądałem muzea, architekturę, bujałem się po nocnych bazarach. Nie wyjechałem tylko na most łączący dwie wieże, bo cenę uznałem za bezczelną i absolutnie nieadekwatną...

Kuala Lumpur

Trzynastego w piątek, bo tańsze bilety, bez większych przygód dobiłem do Kuala Lumpur. Jako że jestem nieco zmęczony podróżowaniem, doceniłem pełną cywilizację tego miasta, cieszyłem się jak dziecko z łatwego dojazdu z lotniska do centrum. Jeden ekspresowy pociąg, zero naganiaczy, zero lotniskowej mordęgi, przekleństwa włóczykijów*. Kuala jest... ładne. I wygodne. Czysto, dobrze zorganizowana i tania komunikacja. Wygląda na to, że jest tutaj spokojnie, mój hostel nie jest małą twierdzą, a to zawsze dobrze świadczy o lokacji**. I wiecie co? Kurs ich lokalnej waluty jest taki sam jak kurs złotówki, więc po sześciu miesiącach bawienia się w kalkulator walutowo-czasowy, mam chwilę wytchnienia. Ichni jeden to nasz jeden. Oczywiście jak na włóczykija przystało, śpię w miejscu nadzwyczaj niskobudżetowym, czyli w niepokornej dzielnicy - tym razem padło na Chinatown. Tak jak w każdym innym mieście, hostele dla włóczykijów lokują się w miejscach tanich, rustykalnych i przyciągających różny ...

Lotniskowi złodzieje

Podczas przygotowań do następnego etapu podróży zorientowałem się, że okradli mnie pracownicy lotniska lub linii lotniczych - opędzlowali mi plecak nadany jako bagaż główny gdzieś na trasie z Bali do Jakarty. Jakaś nędzna, złodziejska kreatura, żałosne indywiduum niesłusznie noszące miano człowieka, hiena cmentarna, niegodny szczurzej plwociny oślizgły wieprz, wyciągnął mi z kieszeni turystyczną drobnicę. To był śmietnik, w którym trzymałem pierdoły nagromadzone podczas sześciu miesięcy podróżowania - jakieś papiery, drobne monety, które pozostały z poprzednich krajów, pamiątki, rzeczy dla osób postronnych mało wartościowe. Jedyna finansowo znacząca rzecz, która zniknęła to mój scyzoryk, czyli podręczne narzędzie podczas kampingów. Szkoda. Strata niewielka, ale niesmak pozostał.

W stronę Malezji

Mój czas w Indonezji dobiega końca. Wyprawa dookoła świata rządzi się swoimi prawami. Bawiłem się dobrze, ale czas na zmiany - wszak świat czeka. Jak się już rzekło - nie odkryłem w pełni tego kraju (jak i wielu poprzednich), za mało miałem czasu. Z powodu dużych odległości i niezbyt sprawnie działającego transportu publicznego nie udało mi się - jak to zazwyczaj starałem się robić - skrócić dystansu i pojeździć z ludem tej ziemi. Po kraju latałem, albo korzystałem z super-wygodnego-i-przy-okazji-drogiego transportu dla turystów, czyli dobrze zorganizowanego izolatora, który skutecznie odgradza od prawdziwego życia (takie są reguły tej gry, żeby się dowiedzieć, trzeba się ściorać). Innymi słowy zaglądnąłem do kraju przez dość małe okienko, zobaczyłem natomiast wystarczająco dużo, żeby chcieć tutaj wrócić i dalej eksplorować. Z mojej perspektywy Indonezja to taki nowocześniejszy Timor. Bardziej rozdeptany przez nasze drogie buty. W niektórych obszarach wręcz przez nas zniszczony ...

Muezin

Java to wyspa muzułmańska. Właśnie wybija godzina 18, muezin śpiewa. Jak ja lubię ten dźwiękowy koloryt lokalny. W tym roku Ramadan rozpoczyna się 20 lipca. Czyli już niebawem, niebawem. Sklepy za dnia opustoszeją, nocami zaludnią się dzielnice serwujące jedzenie. Gwałtownie wzrośnie popularność knajp przydrożnych*. W niektórych krajach fiesta będzie trwała do białego rana, w innych restauratorzy wyjadą na zasłużone wakacje... Ramadan, dziwny miesiąc. * Podróżni zwolnieni są z postu. Niektórzy korzystają z tego przywileju - jeżdżą w porze obiadowej na wycieczkę za miasto.

Jakarta

Jakarta, miasto zatłoczone, zakorkowane, przeludnione, hałaśliwe. Centrum wyspy Java, stolica państwa. I jak to ze stolicami bywa - przyciąga skrajności, wszelkie patologie i ich przeciwieństwa. Mieszkam w dekadenckiej dzielnicy niedaleko najstarszej części miasta. Ponoć powoli rozwija się tutaj życie artystyczne, upodobała sobie ten rejon lokalna bohema, czy jak się ich tam zwie w ich owiniętym białym szalikiem żargonie. Przy okazji dzielnica stanowi ciemną stronę miasta - ostrzegano mnie przed lokalnymi gangami, które i na turystów dybią (chodzi chyba o prowokacje związane z narkotykami, a jak wcześniej wspominałem, w tym kraju za zabawę z narkotykami grozi kara śmierci (co raczej nie wpływa na liczbę użytkowników, ale o tym później), więc i dla potencjalnych wymuszeń to całkiem nośny temat). W związku z tym postanowiłem stchórzyć i na lotnisko, na które wybieram się jutro o poranku, pojadę taksówką. Muszę wyjść z hotelu w okolicach świtu, a wyjątkowo nie mam ochoty sprawdzać na ...

Dom-do-góry-nogami

Indonezyjczycy są dość patriotyczni - ich flaga powiewa tu i ówdzie, ludzie noszą naszywki na ramionach, widać ją w sklepach. Owa flaga jest czerwono-biała, znajome kolory zwracają moją uwagę, przyciągają wzrok, przywołują wyraziste wspomnienia domu. Indonezja. Niby tak samo, jak w domu, ale do góry nogami. Pod wieloma względami...

Żółwik

Widziałem dzisiaj żółwia morskiego. Poszedłem popływać o wschodzie słońca i spotkaliśmy się kilka metrów pod wodą, nieopodal brzegu. Duży, żółto-czarny, przez jakiś czas płynęliśmy obok siebie, płetwa w ramię, ramię w płetwę. Ciekawe zwierzę. Różne rzeczy o poranku widziałem. I ośmiornicę, i złoto-czarne rybki tuż pod powierzchnią wody zmultiplikowane przez lustro wody widziane od dołu, i niebieskie małe coś w kształcie falbanki, ruszało się jak do tego podpływałem i stukałem obok moim kijkiem mocy*... Ale tutaj jest fajnie. Tylko jakiś autochton stoi trzy centymetry za moimi plecami i filuje mi na ekran. Mam podstawy przypuszczać, że nie zna polskiego, więc nie odwróci głowy jak to napiszę. No i nie odwrócił. * kijek mocy to po prostu gałązka, którą dzierżyłem w dłoni i używałem jako narzędzia podczas nurkowania; nie znam tutaj głębin, więc niczego nie dotykałem gołymi rękami;  a nuż by mnie użarło...

Gili

Idziemy po plaży, grupka jednorazowych, podróżniczych znajomych. Noc, skąpe światło półksiężyca, wyłączone czołówki. Nagle pod nogami jakiś gruby, długi i pręgowaty kształt z wody wypełza. Mikrosekundy konsternacji, czas zamrożony atawistycznym strachem. I nagła, pełna dynamiki kontrreakcja. - Get back! Get back! Odskakujemy jak oparzeni, odpalam światło. He, he. To tylko jakiś sprzęt rybacki. Głupi ci Europejczycy, nie potrafią odróżnić liny od węża boa. (…) Wbiłem w wąwóz, poruszałem się kilka centymetrów od jego najeżonych kolcami ścian. Dookoła twardy, kolorowy las i dziwnie ukształtowane zwierzęta. Przeciągałem chwilę do granic wytrzymałości, aż we łbie zaczęło trzeszczeć. Aż do momentu, gdy głębiny wygnały mnie do góry. Uderzyłem na wydechu w stronę powierzchni, z asekuracyjnie podniesioną do góry ręką, rozglądając się za przepływającymi od czasu do czasu łódkami. Po Górze udałem się na wspomniane już uprzednio Gili, żeby skonfrontować  zasłyszane legendy z mo...