Buenos Aires
Buenos Aires - poobijane, trochę dzikie, jak młode piwo, które jeszcze buzuje w butelce, szarpie nieokiełznanym smakiem za uszami, daje kopa a jednocześnie mile łechta podniebienie. Coś w
rodzaju naszego Kazimierza jakieś 20 lat temu.
Komunikacja jest całkiem dobrze zorganizowana. Metro, numerowane autobusy, poukrywane ale ustabilizowane przystanki. Co ciekawe w komunikacji miejskiej za bilet płaci się monetami wrzucanymi do takiej dużej maszyny, która robi ping i wyrzuca z siebie wydrukowany bilet. Niestety trudno rozmienić banknoty na monety, więc przed podróżą trzeba się przygotować i nazbierać w kieszeni odpowiedni gram miedzi.
Jak większość miast południowoamerykańskich, Buenos ulice ma w kratkę, na mapie to wygląda jak szachownica, miasto wykreślone od ekierki. Naturalną konsekwencją, jest to, że boczne ulice są jednokierunkowe: co druga prowadzi w lewo, co druga w prawo. Taki przekładaniec. Pewnie marzenie każdego planisty - prosty, geometryczny układ.
Jest też ciemna strona księżyca. W mieście trzeba na siebie stale uważać.
Wieczorami są miejsca, w które taki amator ja ja nie powinien się zapuszczać. Ale nie tylko noc potrafi być nasączona emocją. Mojego znajomego z
Aconcaguy do autobusu musiała eskortować policja, bo kilku osobom spodobał się
jego plecak. Za bardzo się spodobał.
Z ciekawostek:
Istnieje tutaj instytucja
wyprowadzacza. Taki wyprowadzacz zabiera kilkanaście psów różnej maści od ich zapracowanych
właścicieli i wyprowadza je na spacer. Niestety sprzątanie po swoim psie tutaj
dopiero raczkuje, więc jeśli używasz sandałów to lepiej patrz pod nogi. Bo roi
się tam od tego raczkowania.
W jednej z dzielnic, zwanej Recoleta, znajduje się
cmentarz z lokalnymi sławami. Cmentarz rzeczony zamieszkują koty. Dla tych,
których osaczyło pytanie ‘matko jedyna, czym one się żywią?’ śpieszę z wyjaśnieniem, że
jest grupa kobiet, które codziennie przychodzą i wysypują kotom karmę. Niebawem będzie można pooglądać zdjęcia.