Puerto Montt i Chiloe
Do Puerto Montt dotarłem bez większych przeszkód.
Tutejszy transport drogowy jest, jak sama nazwa wskazuje, drogi, poza tym doskonale zorganizowany oraz wygodny gdyż ponieważ, dlatego, że posiadają doskonały tabor, którego pozazdrościłoby im niejedno mocarstwo europejskie i nie tylko. Gdyby - na ten zupełnie hipotetyczny przykład - się o tym dowiedzieli chłopcy z ameryki północnej niewątpliwie przyjechaliby do nich z misją wyzwoleńczą.
A tak naprawdę - autobusy dalekobieżne są całkiem spoko, siedzenia szerokie i rozkładane do pozycji właściwej, komfortowej dla moich starych kości, które tu i ówdzie po niejednym asfalcie i jego braku zostały wytrzęsione. Poza tym - co u nas jest pewnikiem rzadkością - istnieją co najmniej dwie klasy: semi-cama (zwykłe siedzenia rozkładane, zazwyczaj znajdują się na górnym pokładzie autobusów) oraz cama (w pełni rozkładane siedzenia, praktycznie do pozycji poziomej, w salonie na parterze). W sezonie trudno dostać bilety, o czym dość dotkliwie przekonałem się w połowie trasy do Patagonii, gdzie dowiedziałem się, że najbliższy wolny bilet na trasę żywo mnie interesującą będzie... za tydzień. Taki to los podróżniczy, raz się trafi ramadan a innym razem autochtoniczna gównarzeria wraca z wakacji...
W oczekiwaniu na autobus, który jak już wiemy z poprzedniego rozdziału dawał mi kilka dni wolnego czasu, udałem się na krótki rekonesans wyspy zwanej Chiloe nieopodal rzeczonego Puerto Montt. Nie spodziewałem się zbyt wiele po tym skrawku lądu, a tutaj... niespodzianka. Okazało się, że wyspa jest całkiem zacna, ale smutna - codziennie, nieomal w trybie ciągłym niebo płakało rzewnymi łzami nad losem tego zanurzonego w Pacyfiku zakątka ziemi. Poszliśmy z tą wyspą na wyniszczenie - ja przetestowałem swój przeciwdeszczowy ekwipunek (i wyciągnąłem - mam nadzieję - właściwe wnioski), a wyspa przetestowała granice mojej cierpliwości (na szczęście do nich nie dotarła). Teraz siedzę u mojego tymczasowego kumpla Alexa i suszę ciuchy korzystając w międzyczasie z macek bezprzewodowej sieci, którymi oplotło mnie Puerto Montt. Mam jeden dzień na wyrugowanie wody z gratów, bo za dwa dni wbijam na szlak, którego nie będzie interesowało czy mi się podoba woda lejąca się z nieba czy nie. Będzie wiało i będzie sypało z nieba wodą w postaci stałej lub płynnej - w zależności jak tam jesień, która już zawitała nad tym kontynentem, zadecyduje.
Na wyspie spędziłem trzy noce bujając się po lokalnym parku narodowym. Sam park - ciekawy; z endemiczną roślinnością i gęstym jak diabli lasem, borem, czy też - jak się później okazało - dżunglą. Jak powiadają - im dalej w las, tym więcej drzew. Tak było i w tym przypadku - z dnia na dzień oddalałem się od cywilizacji, ścieżki stawały się coraz bardziej wąskie, aż w końcu - na ostatnim etapie - z lokalną młodzieżą podróżującą u schyłku swoich wakacji wbiłem na trasę, która prowadziła przez gęstwę tak poważną, że trzeba było niejednokrotnie przeciskać się pod zwalonymi i splątanymi pniami drzew, których czas na tej ziemi przeminął, a których ciała miały stać się rusztowaniem dla następnych pokoleń. Przy okazji była to kąpiel błotna, a woda atakowała nas ze wszystkich stron - pod nogami błoto po pachy, rzeki i jeziorka, nad nami pogrążone w rozpaczy niebo. Do obozu powróciliśmy późnym wieczorem zupełnie przemoczeni (na ten przykład telefon, który nieopacznie zabrałem ze sobą odmówił posłuszeństwa).
A przecież to miał być tylko prosty spacer do następnego 'refugio'...
Dzisiaj o poranku wybiłem bez śniadania i wody z parku, po kilku przesiadkach dojechałem wieczorem do Puerto Mont. Teraz czas na przegrupowanie sił i przygotowania do trekingu w Patagonii. Jutro autobus na południe do Punta Arenas, gdzie powinienem dotrzeć po 33 godzinach jazdy.
Tutejszy transport drogowy jest, jak sama nazwa wskazuje, drogi, poza tym doskonale zorganizowany oraz wygodny gdyż ponieważ, dlatego, że posiadają doskonały tabor, którego pozazdrościłoby im niejedno mocarstwo europejskie i nie tylko. Gdyby - na ten zupełnie hipotetyczny przykład - się o tym dowiedzieli chłopcy z ameryki północnej niewątpliwie przyjechaliby do nich z misją wyzwoleńczą.
A tak naprawdę - autobusy dalekobieżne są całkiem spoko, siedzenia szerokie i rozkładane do pozycji właściwej, komfortowej dla moich starych kości, które tu i ówdzie po niejednym asfalcie i jego braku zostały wytrzęsione. Poza tym - co u nas jest pewnikiem rzadkością - istnieją co najmniej dwie klasy: semi-cama (zwykłe siedzenia rozkładane, zazwyczaj znajdują się na górnym pokładzie autobusów) oraz cama (w pełni rozkładane siedzenia, praktycznie do pozycji poziomej, w salonie na parterze). W sezonie trudno dostać bilety, o czym dość dotkliwie przekonałem się w połowie trasy do Patagonii, gdzie dowiedziałem się, że najbliższy wolny bilet na trasę żywo mnie interesującą będzie... za tydzień. Taki to los podróżniczy, raz się trafi ramadan a innym razem autochtoniczna gównarzeria wraca z wakacji...
W oczekiwaniu na autobus, który jak już wiemy z poprzedniego rozdziału dawał mi kilka dni wolnego czasu, udałem się na krótki rekonesans wyspy zwanej Chiloe nieopodal rzeczonego Puerto Montt. Nie spodziewałem się zbyt wiele po tym skrawku lądu, a tutaj... niespodzianka. Okazało się, że wyspa jest całkiem zacna, ale smutna - codziennie, nieomal w trybie ciągłym niebo płakało rzewnymi łzami nad losem tego zanurzonego w Pacyfiku zakątka ziemi. Poszliśmy z tą wyspą na wyniszczenie - ja przetestowałem swój przeciwdeszczowy ekwipunek (i wyciągnąłem - mam nadzieję - właściwe wnioski), a wyspa przetestowała granice mojej cierpliwości (na szczęście do nich nie dotarła). Teraz siedzę u mojego tymczasowego kumpla Alexa i suszę ciuchy korzystając w międzyczasie z macek bezprzewodowej sieci, którymi oplotło mnie Puerto Montt. Mam jeden dzień na wyrugowanie wody z gratów, bo za dwa dni wbijam na szlak, którego nie będzie interesowało czy mi się podoba woda lejąca się z nieba czy nie. Będzie wiało i będzie sypało z nieba wodą w postaci stałej lub płynnej - w zależności jak tam jesień, która już zawitała nad tym kontynentem, zadecyduje.
Na wyspie spędziłem trzy noce bujając się po lokalnym parku narodowym. Sam park - ciekawy; z endemiczną roślinnością i gęstym jak diabli lasem, borem, czy też - jak się później okazało - dżunglą. Jak powiadają - im dalej w las, tym więcej drzew. Tak było i w tym przypadku - z dnia na dzień oddalałem się od cywilizacji, ścieżki stawały się coraz bardziej wąskie, aż w końcu - na ostatnim etapie - z lokalną młodzieżą podróżującą u schyłku swoich wakacji wbiłem na trasę, która prowadziła przez gęstwę tak poważną, że trzeba było niejednokrotnie przeciskać się pod zwalonymi i splątanymi pniami drzew, których czas na tej ziemi przeminął, a których ciała miały stać się rusztowaniem dla następnych pokoleń. Przy okazji była to kąpiel błotna, a woda atakowała nas ze wszystkich stron - pod nogami błoto po pachy, rzeki i jeziorka, nad nami pogrążone w rozpaczy niebo. Do obozu powróciliśmy późnym wieczorem zupełnie przemoczeni (na ten przykład telefon, który nieopacznie zabrałem ze sobą odmówił posłuszeństwa).
A przecież to miał być tylko prosty spacer do następnego 'refugio'...
Dzisiaj o poranku wybiłem bez śniadania i wody z parku, po kilku przesiadkach dojechałem wieczorem do Puerto Mont. Teraz czas na przegrupowanie sił i przygotowania do trekingu w Patagonii. Jutro autobus na południe do Punta Arenas, gdzie powinienem dotrzeć po 33 godzinach jazdy.