Wodospady Iguazu
Po osiemnastu godzinach w niczego sobie autobusie dojechałem do miejscowości zwanej Puerto Iguazu. To jest taka mała wiocha obłożona wszelkiej maści infrastrukturą turystyczną, albowiem znajdują się tutaj i pracowicie szumią pewne wodospady, które ponoć rozsławiły to miejsce na świat cały.
Hm, skoro tu trafiłem, to pewnikiem tak jest.
A tak naprawdę trafiłem tutaj, gdyż ponieważ jestem w posiadaniu pewnego biletu z Asuncion do Panamy. Bilet rzeczony zamierzam spożytkować na podróż podniebną, która zaprowadzi mnie do następnego etapu mojej podróży. Ale o tym potem - wszystko jest jeszcze w delikatnych powijakach, kurtyna opadnie jak skończy się antrakt tego spektaklu a scena zostanie przygotowana do następnego rozdziału. Zatem - jak to się rzekło - mam kolorowy odlot na Paragwaj, chciałbym odwiedzić ten kraj zanim przejdziemy do epilogu, który jednocześnie jest prologiem. Tak oto powoli kończy się moja przygoda z Ameryką Południową, czas zawijać żagle i kontynuować wyprawę dookoła tego łez padołu.
Wczoraj zupełnie przypadkiem trafiłem do Brazylii. Wybaczcie, to nie moja wina, to jakoś tak wyszło. Wodospady Iguazu znajdują się na potrójnej granicy: Argentyny, Paragwaju i Brazylii - to taka hydrologiczna wersja naszego wypiętrzonego Kremenarosa. Po tym jak dobiłem do hostelu zupełnie zaparowany (w ciągu nocy zmieniłem strefę klimatyczną - wszak przejechałem ponad tysiąc kilometrów na północ; a na tej półkuli oznacza to jazdę w stronę ciepła i słońca, czyli dokładnie odwrotnie niż u nas) zebrałem informacje o lokalnych atrakcjach i okazało się, że mogę zrobić popołudniowy skok na Brazylijską stronę i obejrzeć wodociek olbrzymi od strony portugalskojęzycznej. Pomimo zmęczenia przerzuciłem w tempie światła graty do małego plecaka i nie zastanawiają się wiele wsiadłem do następnego autobusu. Tak oto zarobiłem nowe pieczątki w paszporcie pozostawiają otwartym pytanie: byłem li w Brazylii, czy też w niej nie byłem.
Drugiego, i ostatniego, dnia przeznaczonego na wodospady, wbiłem się w przerastającą swym rozmiarem nawet moje wyobrażenia tłuszczę ludzką i ruszyłem w stronę platform widokowych. Wodospady robią wrażenie, to prawdziwy koncert natury, widowisko światła i dźwięku. Huk wodospadu, białe mleko spienionej wody, tęcza nad zrębami skał i zieleń okalającego lasu deszczowego.Udało mi się dzisiaj wskoczyć w naturalne jeziorko pod jednym z wodospadów, w którym - co nie jest do końca pewne, ale nie byłem zanadto dociekliwy - można się na legalu kąpać. Niestety ostatnimi czasy pogoda mnie nie chce, nie wiedzieć czemu, rozpieszczać i zrzuca mi na głowę hektolitry wody, śniegu, piasku, albo co tam ma pod ręką. Hm... W sumie żab jeszcze nie było. Zobaczymy jak będzie na Pacyfiku... Tak czy inaczej pogoda dzisiaj postanowiła zesłać na mnie burzę z piorunami. Stałem cały mokry w wodzie kiedy Gromowładny popieścił okoliczne drzewa. Od momentu błysku zacząłem liczyć. A jak przeliczyłem - wyskoczyłem z bajora z podwiniętą kiecką. Miałem motywację, bo walnęło blisko.
Hm, skoro tu trafiłem, to pewnikiem tak jest.
A tak naprawdę trafiłem tutaj, gdyż ponieważ jestem w posiadaniu pewnego biletu z Asuncion do Panamy. Bilet rzeczony zamierzam spożytkować na podróż podniebną, która zaprowadzi mnie do następnego etapu mojej podróży. Ale o tym potem - wszystko jest jeszcze w delikatnych powijakach, kurtyna opadnie jak skończy się antrakt tego spektaklu a scena zostanie przygotowana do następnego rozdziału. Zatem - jak to się rzekło - mam kolorowy odlot na Paragwaj, chciałbym odwiedzić ten kraj zanim przejdziemy do epilogu, który jednocześnie jest prologiem. Tak oto powoli kończy się moja przygoda z Ameryką Południową, czas zawijać żagle i kontynuować wyprawę dookoła tego łez padołu.
Wczoraj zupełnie przypadkiem trafiłem do Brazylii. Wybaczcie, to nie moja wina, to jakoś tak wyszło. Wodospady Iguazu znajdują się na potrójnej granicy: Argentyny, Paragwaju i Brazylii - to taka hydrologiczna wersja naszego wypiętrzonego Kremenarosa. Po tym jak dobiłem do hostelu zupełnie zaparowany (w ciągu nocy zmieniłem strefę klimatyczną - wszak przejechałem ponad tysiąc kilometrów na północ; a na tej półkuli oznacza to jazdę w stronę ciepła i słońca, czyli dokładnie odwrotnie niż u nas) zebrałem informacje o lokalnych atrakcjach i okazało się, że mogę zrobić popołudniowy skok na Brazylijską stronę i obejrzeć wodociek olbrzymi od strony portugalskojęzycznej. Pomimo zmęczenia przerzuciłem w tempie światła graty do małego plecaka i nie zastanawiają się wiele wsiadłem do następnego autobusu. Tak oto zarobiłem nowe pieczątki w paszporcie pozostawiają otwartym pytanie: byłem li w Brazylii, czy też w niej nie byłem.
Drugiego, i ostatniego, dnia przeznaczonego na wodospady, wbiłem się w przerastającą swym rozmiarem nawet moje wyobrażenia tłuszczę ludzką i ruszyłem w stronę platform widokowych. Wodospady robią wrażenie, to prawdziwy koncert natury, widowisko światła i dźwięku. Huk wodospadu, białe mleko spienionej wody, tęcza nad zrębami skał i zieleń okalającego lasu deszczowego.Udało mi się dzisiaj wskoczyć w naturalne jeziorko pod jednym z wodospadów, w którym - co nie jest do końca pewne, ale nie byłem zanadto dociekliwy - można się na legalu kąpać. Niestety ostatnimi czasy pogoda mnie nie chce, nie wiedzieć czemu, rozpieszczać i zrzuca mi na głowę hektolitry wody, śniegu, piasku, albo co tam ma pod ręką. Hm... W sumie żab jeszcze nie było. Zobaczymy jak będzie na Pacyfiku... Tak czy inaczej pogoda dzisiaj postanowiła zesłać na mnie burzę z piorunami. Stałem cały mokry w wodzie kiedy Gromowładny popieścił okoliczne drzewa. Od momentu błysku zacząłem liczyć. A jak przeliczyłem - wyskoczyłem z bajora z podwiniętą kiecką. Miałem motywację, bo walnęło blisko.