Pakowanie łupiny orzecha

Po wielu opisanych poniżej przygodach zaokrętowałem się na łajbie o jakże typowej nazwie Tropicbird. Sprzęt ma 50 stóp, jest odpowiednio wyświechtany, przestronny i w miarę przytulny. Grupa składa się z 5 osób - kapitan i 4 osoby załogi. Na razie pogoda podobno marna - czyli, tłumacząc to na język szczurów lądowych - nie duje. Nie dmucha, znaczy się. Planowany terminy wyruszenia w kierunku Galapagos to poniedziałek roku pańskiego 2012. Zatem uderzamy na dzikie wody za dwa dni.


Tymczasem biorę udział w przygotowaniach i aklimatyzuję się do życia na łódce, obczajam z kim mam do czynienia i czy towarzysze podróży odpowiadają mi na tyle, żeby spędzić z nimi miesiąc na otwartych wodach. Przy absolutnym niedoczasie którym dysponuję, w przeciwieństwie do nadmiaru czasu, którym chciałbym dysponować, nie mam czasu na marnowanie go w okolicznościach niesprzyjających ;-).

Dzisiaj z kapitanem Julianem spędziłem cały dzień na zakupach - od żywności poprzez ciuchy na sprawach inżynieryjnych skończywszy. Zdjęliśmy kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt kilogramów ekwipunku. W ferworze walki zapędziliśmy się do dzielnicy gdzie połowa przechodniów przestrzegała nas, że tu niebezpiecznie i żebyśmy stąd spierdzielali. Ni mniej ni więcej - spierdzielali. Zatem korzystając z dobrych  rad ludzi przyzwoitych uszliśmy z rejonu być może unosząc w jednym kawałku jednocześnie swoje portfele i demony jedynie wiedzą co jeszcze*.

Na razie nie mam na co narzekać. Jest miło, a poziom podekscytowania wzrasta. Tej przeprawy żaden z nas nigdy nie robił - włącznie z kapitanem Julianem.

* eufemizmy, eufemizmy