Rzecz o podróżowaniu
W Buenos dzień jest o dwie
godziny chyba krótszy od dnia w Patagonii. Tam się ściemniało po 21. Tutaj noc
zagląda w poobijane okna około godziny 19. Ale za to jest o wiele cieplej, o tak – cieplej. Po
kilkunastu dniach spędzonych w niskich temperaturach z wodą permanentnie lejącą się
z nieba, świecącym słońcem i wiejącym wiatrem (jednocześnie, diabli
ich...) doceniam spokój i stabilną pogodę o wysokiej bezwładności.
Wszyscy tutaj - czyli na południu kontynentu - używają pesetów.
Pesety urugwajskie, pesety argentyńskie, pesety chilijskie, a znakiem ich jest
znak dolara. Bu ha ha. Jak sprawdzasz ceny np. przelotów to musisz dwa razy
potwierdzić o jaki dolar chodzi: dolar amerykański, czy peset z kraju X. Bo można się dać wskoczyć – zaskoczyć.
Argentyńcy przy okazji śmiesznie mówią.
Trzeba się do tego przyzwyczaić. Oni nie mówią, oni szeleszczą. Tam gdzie J
jest SZ. Na ten to przykład: la szabe to klucz.
Na domiar złego mają tutaj inną klawiaturę niż u nas. Hiszpańscy konkwistadorzy opracowali swój własny układ i na samym początku trzeba się mocno
przyzwyczajać (u nas mniej skombinowaną opcją lokalną jest klawiatura
maszynistki 214, ale jak zapewne większość się domyśla – nie przyjęła się i
używamy standardowej anglosaskiej z altem dla diakrytyków). Na ten przykład podstawowym zadaniem
internetowego podróżnika i jednocześnie pierwszym poważniejszym wyzwaniem w świecie wirtualnym jest odnalezienie
znaku @. To jeszcze nie wszystko, klawiatura klawiaturą, ale dranie
pozmieniali skróty klawiaturowe, co już uważam za zbrodnię. Dla przykłądu
CTRL+S wcale nie zapisuje pliku. Tak, to już zbrodnia.