Australia - pierwsze macanko
O bogowie! Dotarlem do Australii i nie mialem wiekszych problemow na granicy! Wiekszych problemow, bo o aresztowanym jednego z trzech opakowan zywnosci liofilizowanej nie ma co mowic. W porownaniu do poprzednich zabaw to bulka z maslem ;-)
Aresztowali i publicznie zabili mi liofila pochodzacego z Europy, rasisci, segragatorzy jedni. Natomiast puscili liofile z Nowej Zelandii. Taka karma podroznika - sucha karma, ktora od czasu do czasu traci zycie dla wyzszej idei.
Tymczasem w Sydney wyladowalem w dzielnicy rozbojnikow. Na ulicach duzy poziom zepsucia; to dzielnica burdeli, hoteli na godziny i starych, pijanych marynarzy. No i, oczywiscie - z powodu ceny - hosteli dla backpakersow. Czyli takich jak ja gosci od taniego podrozowania. Zatem jest kolorowo.
Na poczatku bylem nieco zniesmaczony mrowiskiem, mentalnym brudem na ulicach, nie tylko w mojej dzielnicy. Po dlugim przebywaniu w lesie i gorach wolalem towarzytwo ptakow a nie licznych grup spolecznych mniej lub bardziej pasujacych do ogolnie przyjetego modelu. Ale teraz sie juz znieczulilem, nastapil szybki proces adaptacyjny. Tak czy inaczej mam niejasne wrazenie, ze im blizej Europy, tym wiecej syfu na ulicach. Widocznego syfu. Co oczywiscie wcale nie oznacza, ze nie ma go gdzie indziej - jesli dac wiare opowiesciom o przemocy domowej na Wyspie Wielkanocnej, mozna wnosic, ze istnieja na tej ziemi miejsca, w ktorych syf - jesli istnieje - wala sie po zakurzonych katach. Tak jest bezpieczniej, nie ma spolecznych konsekwencji.
Miasto ma duzo ciekawych rzeczy do zaoferownia. Od dwoch dni zaciecie biegam (sic!) od muzeum do muzeum, mam bardzo napiety harmonogram, a dni uciekaja mi tutaj szybko, choc obcinam do minimum czas potrzebny na sen, bo to jedyne co moge skrocic. Wlasnie trwa tydzien kultury aborygenskiej, zwanej tutaj kultura 'rdzennych australijczykow'. Nazwa jest taka, bo wszedzie az sie skrapla zle pojeta poprawnosc polityczna. Goscie niewatpliwie na kazdym kroku lecza sobie sumienie po wyrznieciu w pien starego swiata. W kazdym muzeum ostrzezenia o tym, ze na sali znajduja sie wizerunki zmarlych, co moze urazic uczucia rdzennych, albo ze na wystwie nie ma zadnych swietych przedmiotow. Innymi slowy czuringi tutaj nie uswiadczysz. Nie, i koniec.
W ramach ciekawostki przyrodniczej dzisiaj zarobilem 80 dolarow. Dobrowolnie wzialem udzial w badaniu opinii na temat muzeow i atrakcji w miescie. A ze lubie sie wymadrzac, to powiedzialem co mysle na temat miejsc, ktore do tej pory odwiedzilem. He he, to byla chyba najlatwiejsza kasa, ktora zarobilem w zyciu. W przeciagu godziny wypilem zajebista kawe, odpowiedzialem na kilkadziesiat pytan, zainkasowalem pensje i ruszylem do nastepnego muzeum. Tak swoja droga jutro jest calonocny pokaz odjechanego (w pelnym tego slowa znaczeniu) filmu, wiec moze sie wyloguje z hostelu i noc spedze na sali kinowej. To szybka metoda na zarobienie nastepnych 20 dolarow, ktore moge poswiecic na wyjazd np. na Tasmanie.
Dobra, koniec. Aha, opera rzeczywiscie zajebista. Rzeklem.
Aresztowali i publicznie zabili mi liofila pochodzacego z Europy, rasisci, segragatorzy jedni. Natomiast puscili liofile z Nowej Zelandii. Taka karma podroznika - sucha karma, ktora od czasu do czasu traci zycie dla wyzszej idei.
Tymczasem w Sydney wyladowalem w dzielnicy rozbojnikow. Na ulicach duzy poziom zepsucia; to dzielnica burdeli, hoteli na godziny i starych, pijanych marynarzy. No i, oczywiscie - z powodu ceny - hosteli dla backpakersow. Czyli takich jak ja gosci od taniego podrozowania. Zatem jest kolorowo.
Na poczatku bylem nieco zniesmaczony mrowiskiem, mentalnym brudem na ulicach, nie tylko w mojej dzielnicy. Po dlugim przebywaniu w lesie i gorach wolalem towarzytwo ptakow a nie licznych grup spolecznych mniej lub bardziej pasujacych do ogolnie przyjetego modelu. Ale teraz sie juz znieczulilem, nastapil szybki proces adaptacyjny. Tak czy inaczej mam niejasne wrazenie, ze im blizej Europy, tym wiecej syfu na ulicach. Widocznego syfu. Co oczywiscie wcale nie oznacza, ze nie ma go gdzie indziej - jesli dac wiare opowiesciom o przemocy domowej na Wyspie Wielkanocnej, mozna wnosic, ze istnieja na tej ziemi miejsca, w ktorych syf - jesli istnieje - wala sie po zakurzonych katach. Tak jest bezpieczniej, nie ma spolecznych konsekwencji.
Miasto ma duzo ciekawych rzeczy do zaoferownia. Od dwoch dni zaciecie biegam (sic!) od muzeum do muzeum, mam bardzo napiety harmonogram, a dni uciekaja mi tutaj szybko, choc obcinam do minimum czas potrzebny na sen, bo to jedyne co moge skrocic. Wlasnie trwa tydzien kultury aborygenskiej, zwanej tutaj kultura 'rdzennych australijczykow'. Nazwa jest taka, bo wszedzie az sie skrapla zle pojeta poprawnosc polityczna. Goscie niewatpliwie na kazdym kroku lecza sobie sumienie po wyrznieciu w pien starego swiata. W kazdym muzeum ostrzezenia o tym, ze na sali znajduja sie wizerunki zmarlych, co moze urazic uczucia rdzennych, albo ze na wystwie nie ma zadnych swietych przedmiotow. Innymi slowy czuringi tutaj nie uswiadczysz. Nie, i koniec.
W ramach ciekawostki przyrodniczej dzisiaj zarobilem 80 dolarow. Dobrowolnie wzialem udzial w badaniu opinii na temat muzeow i atrakcji w miescie. A ze lubie sie wymadrzac, to powiedzialem co mysle na temat miejsc, ktore do tej pory odwiedzilem. He he, to byla chyba najlatwiejsza kasa, ktora zarobilem w zyciu. W przeciagu godziny wypilem zajebista kawe, odpowiedzialem na kilkadziesiat pytan, zainkasowalem pensje i ruszylem do nastepnego muzeum. Tak swoja droga jutro jest calonocny pokaz odjechanego (w pelnym tego slowa znaczeniu) filmu, wiec moze sie wyloguje z hostelu i noc spedze na sali kinowej. To szybka metoda na zarobienie nastepnych 20 dolarow, ktore moge poswiecic na wyjazd np. na Tasmanie.
Dobra, koniec. Aha, opera rzeczywiscie zajebista. Rzeklem.