Wyspa Wielkanocna

Po kilku pomniejszych przygodach dotarłem na Wyspę Wielkanocną.

Jest to najbardziej osamotniona pod względem społecznym wyspa. Do kontynentu znajdującego się na wschodzie mamy 3700 kilometrów, do najbliższej zamieszkanej wyspy na zachodzie jakieś 1900 kilometrów. Administracyjnie wyspa należy do Chile, jak się należy spodziewać działają tutaj - choć nie wiem na ile silne - ruchy separatystyczne. My nazywamy ją Wielkanocną ponieważ został odkryta w pewną kwietniową niedzielę wielkanocną roku pańskiego 1722 przez ekspedycję Holendrów, autochtoni zwą ją Rapa Nui.

Wyspa została dawno temu uformowana przez trzy wulkany, które pracowicie wylewały swoje żale aż utworzył się trójkąt wystający nad powierzchnię Oceanu Spokojnego. Zgodnie z badaniami prezentowanymi w lokalnym muzeum z czasem wyspa zniknie pod powierzchnią wody, bowiem stoi na płycie wsuwającej się pod kontynentalną płytę Ameryki Południowej.

Skrawek lądu nie jest duży, to - jak się rzekło - trójkąt o boku dwudziestu kilku kilometrów, można to wszystko przejść na nogach w ciągu jednego - dwóch dni. Turyści przemieszczają się pomiędzy zabytkami i cudami natury wynajętymi samochodami, skuterami, rowerami, nieliczni deptają ziemię na butach. Lokalni często jeżdżą konno. Na wyspie znajduje się jedno państwo-miasto-wioska o nazwie Hanga Roa, która rozlokowała się na południowym zachodzie. Cała reszta to pomniejsze szałasy pasterzy albo stanowiska archeologiczne.

Jako że wyspę można bez większego wysiłku przerzucić beretem, praktycznie z każdego miejsca widać ocean. I szumi; tak... szumi jak diabli, groźnie szczerzy białe kły rozbryzgując się o nabrzeżne skały. Na całej wyspie są chyba tylko dwie piaszczyste plaże, cała reszta wybrzeża to czarna skała wulkaniczna. U nas, nad zimnym Bałtykiem, praktycznie większość miejsc nadaje się do pływania - tutaj wręcz przeciwnie, większość miejsc otwartych na Ocean jest na tyle niebezpieczna, że kąpać się nie można bez ryzyka roztrzaskania o podwodne skały i porozrzucane przez Hefajstosa kamienie. Jedynie w nielicznych miejscach, małych zatoczkach - albo naturalnych, albo przygotowanych przez człowieka - można zanurzyć swoje ciało.

Cała wyspa jest jednym wielkim wykopaliskiem archeologicznym. Gdziekolwiek cię nie zaniosą nogi, niemal potkniesz się o pozostałości tajemnicy wypartej przez kolonizatorów, łowców niewolników i bakterii, które w ślad za nimi - jakby ich było mało - przybyły. Wzdłuż wybrzeża rozstawione są ołtarze, domy ceremonialne, domy mieszkalne, posągi odrestaurowane lub porozrzucane przez przeróżne wichry historii zarówno tej naturalnej - na ten przykład tsunami - jak i tej przez człowieka krwią pisanej - wojny plemienne, czasy najazdów handlarzy żywym towarem, żołnierzy, awanturników i wszelkiej maści archeologów, którzy zbierali pamiątki, by sprzedać je w swoich ojczyznach.

Nie ma tutaj fast foodów, to świat, który udało się utrzymać z daleka od głębokiego szamba kopanego (i później pracowicie wypełnianego) przez duży pieniądz przeróżnych korporacji. Ktokolwiek jest za to odpowiedzialny - chwała mu na wieki. Tutaj, gdyby tylko wpuszczono krwiożerce piranie z przeróżnymi łukami i gwiazdkami w nazwie, na tym małym skrawku lądu złupiono by absolutnie wszystko, co do ostatniej gwiazdki w sześćset-sześćdziesięcio-sześcio-gwiazdkowym hotelu. Jeśli ceną za zbudowanie takiej enklawy, endemicznego świata odgrodzonego starym wioskowym płotem od wielkiego pieniądza mają być wysokie ceny żywności - to nie mam nic przeciwko temu. Wolę płacić kasę lokalnym ludkom niż makokaszeratonohiltonom.

Jeśli już o tym mowa, ceny tutaj są wysokie jak diabli - na żarcie trzeba wydać cztery razy tyle co w Polsce. Co ciekawe, nie rozwinął się market lokalnych produktów - co prawda można kupić ryby albo banany i inne owoce zrodzone pewnikiem z tej ziemi, ale na ten przykład nabiał pochodzi z oddalonego o 3700 kilometrów kontynentu zamiast od lokalnych krów. Ciekawe czy również sprowadzają jajka, przecież kur tutaj pełno. Pewnie cała tajemnica tkwi w tym, że lokalna ekonomia opiera się na turystyce, a rząd chilijski wspiera lokalną społeczność finansowo. W jakim zakresie - nie wiem, ale rezultat jest taki, że lokalni ludkowie nie przejawiają zainteresowania pomniejszą przedsiębiorczością.

Ludzie są bardzo mili i przyjaźnie do nas nastawieni, choć nie są z natury wylewni, a temperament mają raczej chłodny. W niczym to oczywiście nie przeszkadza - to po prostu cecha, która odróżnia ich na ten przykład od mieszkańców Kirgistanu. Panuje tutaj atmosfera małej wioski - przechodnie witają się na ulicach, są uśmiechnięci, pewnie wszyscy się znają co najmniej z widzenia. Ale istnieje też czarna strona księżyca. Ponoć przemoc w rodzinie nie jest niczym niezwykłym, a w lokalnym więzieniu znajdą się i tacy, którzy w wyniku pewnych sercowych, nieszczęśliwych koincydencji odebrali innemu życie (z tego co wiem więzienie ma teraz 12 pensjonariuszy, którzy to i owo nabroili). Autochtoni są do siebie wizualnie bardzo podobni. Ciekawe jak na nich wpłynęły wieki izolacji i działania wewnątrz małej grupy nosicieli powtarzalnych genów, wchodzących z powodu tłoku w przeróżne recesywne kolizje. Z tego co mi powiedziano, na wyspie pozostały trzy tysiące rdzennych mieszkańców. Do tego na kontynencie w różnych państwach żyje ich około dwóch tysięcy. Zatem lud Rapa Nui to dość mała populacja.

Dominującą religią jest katolicyzm, który całkowicie wyparł stare kulty. Tak przynajmniej twierdzą autochtoni, których o to pytałem. Co ciekawe, do tradycji chrześcijańskiej - przynajmniej w zakresie ikonografii - przedarły się refleksy dawanych kultów lokalnych. Na cmentarzach krzyż dzierży tangata-manu, człowiek ptak, a u podnóży pomników znajduje się tu i ówdzie twarz make-make. W jedynym kościele znajdują się rzeźby Świętej Rodziny, Ducha Świętego, aniołów, na których można znaleźć emblematy odnoszące się do starej, pogańskiej, z punktu widzenia Kościoła, tradycji. Dla przykładu Duch Święty jest przestawiony jako wielki ptak z rozpostartymi skrzydłami zwróconymi w stronę wiernych, pod chrzcielnicą jest kawał skały wulkanicznej z płaskorzeźbą Make-Make, a człowieka-ptaka można spotkać na szatach świętego Józefa.