Stopem na Południe

Ruszyłem stopem na południe. Moją destynacją miał być park narodowy Tongariro. Chciałem zrobić tam jeden z możliwych trekingów i przeskoczyć na południową wyspę, żeby dokończyć dzieła w okolicach stanu Fiordland.

Na początku nieśmiało, krok po kroku przesiadałem się z pomniejszych stopów tworzonych przez różnych mniej lub bardziej kolorowych ludzi, aż dopadł mnie pewien Maorys w rozklekotanym czterokołowcu usiłującym utrzymać prostą linię na autostradzie. Ludek miał całkiem wytatuowaną twarz w odpowiednie wzory, włosy związane w czuba. Ponoć jechał na uniwersytet w Hamilton porozmawiać na tematy etniczno-polityczne. Wyglądał na zaangażowanego działacza. Podczas jazdy śpiewał, recytował modlitwy, pokazywał mi 'swoją' ziemię. Zjechaliśmy nawet z głównej drogi, żeby przejechać przez pewną ważną dla jego plemienia rzekę. Nie wiem i nigdy się nie dowiem na ile to była poza, na ile prawdziwe działanie. Niemniej jednak czułem się w jego towarzystwie doskonale, to był dobry człowiek.

Innym ciekawym autochtonem okazał się pewien łowca, który zabrał mnie do swojej napędzanej na cztery koła platformy do polowań. Wyglądał jak człowiek lasu, który nie za bardzo tęskni za wodą i mydłem, ale jak usłyszał, że zamierzam spać w namiocie, gdzieś tam w buszu, zapytał mnie: 'kurde, w namiocie?! a gdzie ty niby weźmiesz prysznic?'. Tak na marginesie pod względem językowym ludzie tutaj bardzo się różnią. Odczuwalnie inny akcent mają miejskie, wykształcone grupy od tubylców zamieszkujących prowincję. Ten ludek miał trudny do opisania, dynamiczny akcent człowieka czynu.

Bujałem tak do końca dnia, zmieniając tu i ówdzie środki transportu, światopoglądy, grupy społeczne. Bujałem aż zgasło mi światło. W pewnym momencie byłem już pewien, że nic z tego nie będzie, że czas na szukanie miejsca w rowie i rozkładanie namiotu. A tu nagle w zupełnej ciemnicy minął mnie na pełnym gazie pewien samochód, który kilkaset metrów dalej zawrócił i podjechał prosto pod mój plecak. Okazało się, że to para Maorysów z dzieckiem, którzy jechali do Wellington.  Za późno mnie (ubranego na czarno w bezksiężycową noc) zauważyli, ale postanowili po mnie wrócić. Wychłodzonego przyjęli do swojego vana, nakarmili, napoili i teleportowali 5 godzin dalej, dalej na południe.

I tak oto dokonało się niemożliwe, udało mi się w ciągu jednego dnia dojechać do samego Wellington. Spałem w krzakach pod miastem, następnego dnia wjechałem do mrowiska rzucając się od razu w objęcia muzeum Te Papa. Ale o tym w następnym rozdziale...