Człowiek lasu
W Queenstown nie zabawiłem ani chwili. Z lotniska wystopowałem od razu do Te Anau, miejscowości w sercu gór, zrobiłem ostatnie zaopatrzenie żywnościowe, uderzyłem do centrum informacji po prognozę pogody i bilety uprawniające mnie do spania na tak zwanym Milford Treck*, zarezerwowałem łódkę, która miała mnie nazajutrz przewieźć do punktu startowego (nie da się tam dość na nogach, trzeba płynąć), zostawiłem nadmiar dobytku w jednym z depozytów** i pobiegłem do oddalonego o 6 kilometrów darmowego kampingu, gdzie w końcu udało mi się zjeść coś ciepłego i... wyspać. No dobra, nie wyspałem się, bo dzień pełen wrażeń skończył się bardzo późno, a ja musiałem być na nogach długo przed świtem, żeby zdążyć na zarezerwowaną łódkę. Ale trzymajmy się literackiej wersji ze snem, to mnie wprawia w lepszy nastrój.
W przeciągu następnych kilku dni zrobiłem trzy trasy z tak zwanej grupy Great Walks: Milford, Kepler i Ruteburn. Z punktu widzenia górskiego to trasy bardzo łatwe (o ile pogoda dopisuje, bo w śniegu robi się groźnie z powodu na ten przykład lawin albo paskudnych i brzemiennych w długi lot poślizgnięć), ale ze względów plastycznych niezapomniane. Wspaniałe wysokogórskie*** pejzaże, przeciekawe lasy; skała i roślinność, co za harmonia. Jestem wystarczająco stary, żeby doceniać tego typu doświadczenia estetyczne. Tak na marginesie pewien genetyk, którego poznałem na trasie wyjaśnił mi, że Nowa Zelandia była przed oderwaniem się od Gondwany miejscem tropikalnym. Potem powoli, ale stale się ochładzała zmuszając odizolowaną roślinność do adaptacji. Dostosuj się, albo zdychaj! Dlatego Nowa Zelandia pod względem szaty roślinnej wygląda tak niesamowicie. W zimnym, południowym klimacie**** widzisz na stokach palmokształtne pozostałości dawnych, ciepłych dni. Rośliny, których spodziewałbyś się bardziej w okolicach równika niż na czterdziestym piątym równoleżniku.
O tej porze roku, czyli późną jesienią, to trasy opuszczone. Na kampingach spałem sam - nie znalazł się tutaj żaden szaleniec, który na progu zimy zdecydowałby się na płócienny dom. Jedynie w chatach byli jacyś ludzie, ale i tych niewiele. Te niemal dziesięć dni to było dla mnie dotknięciem pustki, czasem spędzonym sam na sam ze sobą, z wyzwaniem, chwilami słabości i szczęścia.
Pewnej nocy dotarłem do opuszczonej, małej chaty na uboczu jednej z tras. O tej porze roku nikt tam nie zagląda. Spędziłem wspaniałą noc przy kominku susząc swoje zawilgocone ciuchy, grzejąc obolałe kości w czerwonym blasku ognia, czytając, jedząc wspaniałą, bo cały dzień wyczekaną kolację. Co za noc! Chciałoby się wyć: chwilo trwaj!
Kiedy przeskakiwałem na ostatni trek (miałem szczęście, udało mi się złapać stopa, który dorzucił mnie na sam początek szlaku o dość późnej porze) dopadło mnie zmęczenie i w konsekwencji solidne zwątpienie. Padało cały dzień, byłem mokry, głodny, a na plecach siedział mi plecak z całym moim dobytkiem, bo przechodziłem na drugą stronę gór i nie mogłem tego nigdzie zostawić. Moje brzemię waży mniej więcej połowę tego co ja, więc miałem wrażenie, że ktoś nagle podkręcił grawitację i przycisnął mnie do ziemi siłą gdzieś na granicach wytrzymałości. Była noc, a kamienie i korzenie uparły się, żeby związać mi nogi, podciąć i zrzucić do podnóża doliny. W chmurach i ciągłym deszczu moja latarka stanowiła dość iluzoryczne ułatwienie, bo światło rozpraszało się na kroplach i mgle, woda lała się po twarzy, wystających spod rękawów dłoniach. Tak, to był najcieńszy moment podczas tego epizodu. Moment, w którym poczułem pokorę, mina mi zrzedła i przez malutką chwilę pomyślałem, że teraz to już przesadziłem.
Jak dotarłem do chaty, w której na szczęście ktoś rozpalił ogień czułem się jakby mnie góra zjadła i wypluła. Spędziłem pięć godzin w deprywacyjnym środowisku wyznaczonym przez wycięty z ciemności krążek światła latarki i ciągły szum wody lejącej się z każdej strony, z nieba, z ziemi, w poprzek, wzdłuż i na skos. Na szczęście udało mi się podsuszyć najważniejsze części garderoby i - nie odpuściwszy - ruszyłem na miejsce kampingowe. Przyznam, że trochę tej nocy oszukałem - rozbiłem się pod daszkiem przygotowanym jako stanowisko kuchenne dla mieszkańców namiotów. Za mocno padało, a następnego dnia czekało mnie osiem godzin ciężkiego marszu przez góry. Wysuszony namiot to jakiś kilogram mniej do syzyfowego kamienia.
Po dziesięciu dniach spędzonych w lasach, wielokrotnym namaczaniu i suszeniu, codziennych deszczach, wiatrach, tęczowych feeriach barw, pocie i łzach wylanych na tych szlakach, wyglądam jak zwierzę. Nawet nie jak zwierzę. Korzystając z wyświechtanej w niektórych kręgach frazy, mój stan wymyka się wszelkim klasyfikacjom.
Czas na prysznic, czas na chwilę zwolnić, odpuścić, spędzić choć jeden dzień bez biegania i obowiązków. Czas przygotować się do następnego etapu podróży.
* Milford Treck - na całej długości szlaku nie wolno spać w namiotach, więc dwie noce musiałem zarezerwować w chatach, na pozostałych trasach spałem w namiocie (czy słońce, czy niepogoda)
** dzięki depozytowi nie musiałem nosić swojego ponad trzydziestokilogramowego plecaka, z dwóch treków wracałem do tego samego miejsca, na trzeci musiałem zabrać wszystko, bo to był transfer pomiędzy miastami
*** kolejny przykład gór, które zaczynają się w morzu; wysokość bezwzględna niezbyt porażająca, coś koło dwa tysiące z hakiem; ale wysokość względna to... coś dwa tysiące z hakiem, czegoś takiego trzeba szukać w Himalajach
**** przypominam, że na południowej półkuli 'południe' oznacza zimno, białą śmieć
W przeciągu następnych kilku dni zrobiłem trzy trasy z tak zwanej grupy Great Walks: Milford, Kepler i Ruteburn. Z punktu widzenia górskiego to trasy bardzo łatwe (o ile pogoda dopisuje, bo w śniegu robi się groźnie z powodu na ten przykład lawin albo paskudnych i brzemiennych w długi lot poślizgnięć), ale ze względów plastycznych niezapomniane. Wspaniałe wysokogórskie*** pejzaże, przeciekawe lasy; skała i roślinność, co za harmonia. Jestem wystarczająco stary, żeby doceniać tego typu doświadczenia estetyczne. Tak na marginesie pewien genetyk, którego poznałem na trasie wyjaśnił mi, że Nowa Zelandia była przed oderwaniem się od Gondwany miejscem tropikalnym. Potem powoli, ale stale się ochładzała zmuszając odizolowaną roślinność do adaptacji. Dostosuj się, albo zdychaj! Dlatego Nowa Zelandia pod względem szaty roślinnej wygląda tak niesamowicie. W zimnym, południowym klimacie**** widzisz na stokach palmokształtne pozostałości dawnych, ciepłych dni. Rośliny, których spodziewałbyś się bardziej w okolicach równika niż na czterdziestym piątym równoleżniku.
O tej porze roku, czyli późną jesienią, to trasy opuszczone. Na kampingach spałem sam - nie znalazł się tutaj żaden szaleniec, który na progu zimy zdecydowałby się na płócienny dom. Jedynie w chatach byli jacyś ludzie, ale i tych niewiele. Te niemal dziesięć dni to było dla mnie dotknięciem pustki, czasem spędzonym sam na sam ze sobą, z wyzwaniem, chwilami słabości i szczęścia.
Pewnej nocy dotarłem do opuszczonej, małej chaty na uboczu jednej z tras. O tej porze roku nikt tam nie zagląda. Spędziłem wspaniałą noc przy kominku susząc swoje zawilgocone ciuchy, grzejąc obolałe kości w czerwonym blasku ognia, czytając, jedząc wspaniałą, bo cały dzień wyczekaną kolację. Co za noc! Chciałoby się wyć: chwilo trwaj!
Kiedy przeskakiwałem na ostatni trek (miałem szczęście, udało mi się złapać stopa, który dorzucił mnie na sam początek szlaku o dość późnej porze) dopadło mnie zmęczenie i w konsekwencji solidne zwątpienie. Padało cały dzień, byłem mokry, głodny, a na plecach siedział mi plecak z całym moim dobytkiem, bo przechodziłem na drugą stronę gór i nie mogłem tego nigdzie zostawić. Moje brzemię waży mniej więcej połowę tego co ja, więc miałem wrażenie, że ktoś nagle podkręcił grawitację i przycisnął mnie do ziemi siłą gdzieś na granicach wytrzymałości. Była noc, a kamienie i korzenie uparły się, żeby związać mi nogi, podciąć i zrzucić do podnóża doliny. W chmurach i ciągłym deszczu moja latarka stanowiła dość iluzoryczne ułatwienie, bo światło rozpraszało się na kroplach i mgle, woda lała się po twarzy, wystających spod rękawów dłoniach. Tak, to był najcieńszy moment podczas tego epizodu. Moment, w którym poczułem pokorę, mina mi zrzedła i przez malutką chwilę pomyślałem, że teraz to już przesadziłem.
Jak dotarłem do chaty, w której na szczęście ktoś rozpalił ogień czułem się jakby mnie góra zjadła i wypluła. Spędziłem pięć godzin w deprywacyjnym środowisku wyznaczonym przez wycięty z ciemności krążek światła latarki i ciągły szum wody lejącej się z każdej strony, z nieba, z ziemi, w poprzek, wzdłuż i na skos. Na szczęście udało mi się podsuszyć najważniejsze części garderoby i - nie odpuściwszy - ruszyłem na miejsce kampingowe. Przyznam, że trochę tej nocy oszukałem - rozbiłem się pod daszkiem przygotowanym jako stanowisko kuchenne dla mieszkańców namiotów. Za mocno padało, a następnego dnia czekało mnie osiem godzin ciężkiego marszu przez góry. Wysuszony namiot to jakiś kilogram mniej do syzyfowego kamienia.
Po dziesięciu dniach spędzonych w lasach, wielokrotnym namaczaniu i suszeniu, codziennych deszczach, wiatrach, tęczowych feeriach barw, pocie i łzach wylanych na tych szlakach, wyglądam jak zwierzę. Nawet nie jak zwierzę. Korzystając z wyświechtanej w niektórych kręgach frazy, mój stan wymyka się wszelkim klasyfikacjom.
Czas na prysznic, czas na chwilę zwolnić, odpuścić, spędzić choć jeden dzień bez biegania i obowiązków. Czas przygotować się do następnego etapu podróży.
* Milford Treck - na całej długości szlaku nie wolno spać w namiotach, więc dwie noce musiałem zarezerwować w chatach, na pozostałych trasach spałem w namiocie (czy słońce, czy niepogoda)
** dzięki depozytowi nie musiałem nosić swojego ponad trzydziestokilogramowego plecaka, z dwóch treków wracałem do tego samego miejsca, na trzeci musiałem zabrać wszystko, bo to był transfer pomiędzy miastami
*** kolejny przykład gór, które zaczynają się w morzu; wysokość bezwzględna niezbyt porażająca, coś koło dwa tysiące z hakiem; ale wysokość względna to... coś dwa tysiące z hakiem, czegoś takiego trzeba szukać w Himalajach
**** przypominam, że na południowej półkuli 'południe' oznacza zimno, białą śmieć