Curranto


Onego dnia udało mi się załapać na tak zwane curranto. Spotkał mnie niesamowity przywilej, albowiem jest to potrawa, której przygotowanie zajmuje sporo czasu, w związku z czym w restauracji tego dostać się zanijak nie da bez zamówienia tego wprzódy. Tak z tydzień wcześniej. A w czym tkwi tajemnica? Otóż, drodzy państwo, curranto to chilijska metoda przygotowania potrawy (niektórzy twierdzą, że charakterystyczna jedynie dla wyspy Chiloe, ale jak się przejrzy przepisy kulinarne z całego świata, to można znaleźć potrawy tworzone w sposób analogiczny, choćby w basenie Morza Śródziemnego, czy na dalekich stepach azjatyckich), zgodnie z którą wybrane produkty warzy się głęboko w ziemi, pod nad wyraz ciepłą kołdrą utkaną z gorącej skały wulkanicznej. Curranto, które przyjęło mnie w swoje owiane przyprawą objęcia, przygotowywane było ze względu na pewne święto w lokalnym kościele katolickim. Jedna z rodzin, która - jak lokalna wieść niesie - specjalizuje się w tej dziedzinie od lat, zabiła trzy woły, po czym przez trzy dni przygotowywała potrawę, by w dzień spełniania rozdać ją wszystkim, którzy przyszli ze swoimi pojemnikami, talerzami, torebkami plastikowymi i posłusznie ustawili się w kolejce, by doczekać się swojej porcji rozdawanej przez starsze kobiety uszeregowane w malejącym porządku kulinarnym: curranto - słodki pieczony ziemniak - niesłodki banan pieczony - ciasto - półpłynny deser z dyni. Pierwszy raz od miesiąca chyba jadłem mięso (nie licząc tu i ówdzie, acz sporadycznie, atakowanych owoców morza; no i ryby! godne ryby! - tuńczyk rządzi).

Tak, to było przepysznie smaczne, w kosmos wręcz wyjebane.