Tahiti


W Polinezji Francuskiej spędziłem cztery pełne dni (nie licząc wjazdowych i wyjazdowych półcząstek), teraz siedzę na lotnisku i przygotowuję się do spania - mój samolot w stronę ‘nowego’ odlatuje jutro o świcie, a moje miejsce kloszarda zbunkrowane w ciasnym kącie za reklamami bogatych hoteli już się podgrzewa. Jest tutaj pewien ludek, który mieszka na lotnisku, ma zarezerwowane dwa inne kąty. Znamy się już z widzenia.

Tahiti nie przywitało mnie jakoś szczególnie miło. Wysiadłem w nocy z samolotu i spędziłem noc na lotnisku, żeby nie bujać się po nieznanym mieście w nocy i nie płacić niepotrzebnie za nocleg. Rano postanowiłem uderzyć do miasta. Jako że to tylko 5 kilometrów, rozpocząłem relokację z buta. Kupiłem bagietę (charakterystyka francuskiej strefy wpływów uwidacznia się w postaci pieczywa; w starych brytyjskich koloniach niepodzielnie panuje gumiaste pseudopieczywo tostowe), cieszyłem się słońcem i nowym doświadczeniem. Po jakimś czasie podjechało do mnie dwóch gości na rowerach i zaczęło się kręcić to tu, to tam. Ktoś do mnie podszedł i powiedział, żebym uważał na typów, bo to niedobrzy ludzie. Zatem - nie chcąc sprawdzać prawdziwości tych doniesień na własnej skórze - zpieczarowałem się w pobliżu jakiegoś mocno uczęszczanego sklepu i poczekałem na autobus.
Eh, że mnie się muszą takie rzeczy przydarzać. A przecież mówili, że Tahiti to spokojne miejsce, do diabła. Może spokojne, może niespokojne - na szczęście nie musiałem weryfikować natężenia mroku po ciemnej stronie księżyca. Po prostu wsiadłem w autobus. Poza tym mam same dobre wspomnienia.

Na Francuskiej Polinezji odwiedziłem dwie wyspy: Tahiti i Mooreę. To bardzo estetyczne kawałki lądu. Pochodzenie wulkaniczne, zatem - jak łatwo się domyślić - obfitują te miejsca w góry. A góry niezwykłe – startują praktycznie z morza przyciskając do plaży rachityczne budynki, a sięgają (przyajmniej na Tahiti) dwóch tysięcy metrów. Zbocza są zielone, porośnięte gęstwą nawet na pionowych fragmentach. Roślin tutaj jest na tyle, że dla wszystkich wystarczy. Wyspy otoczone są atolem chroniącym przed oceanem, stanowią lagunę z turkusową wodą. Jest tu zaprawdę w czym pływać. Z lokalnych ciekawostek: na wyspach panuje doskonały zapach. Coś pomiędzy drzewem sandałowym a wyjebanym w kosmos mango chatney.

Tahiti i Moorea to wyspy jednowymiarowe. To znaczy życie toczy się tutaj w jednym kierunku. W praktyce drogi występują tylko nad brzegiem morza (czyli są formą obwodnic), wypustków wbijających się w ląd prawie nie ma. Dlaczego? Bo tam są góry, których ściany skutecznie blokują wszelkie osadnictwo. Tak czy inaczej lokalizację podaje się jako liczbę kilometrów na obwodnicy od miejsca oznaczonego numerem 0. To tak jak wielkie doliny w Himalajach, gdzie jednowymiarowość (o czym było pisane podczas jednej z poprzednich wypraw) wyznacza dolina, której ściany są na tyle strome i wysokie, że żadna forma homo sapiens się tam nie zapędza z asfaltem w kieszeni. Zatem jest jedna droga. I tyle.

Destynacja nie należy do najtańszych, więc sporo się tutaj kręci ludzi z dobrze wypełnionymi portfelami. Poza tym wyspy, nie wiedzieć czemu, upodobali sobie nowożeńcy i masowo przybywają tutaj na miesiąc miodowy, taka forma wodnego Manali. Pewnie taka moda na mioda. 99 procent spotkanych przeze mnie ludzi to Francuzi. Cała reszta, to Kanadyjczycy z Quebecku ;-).

Po wyspach poruszałem się stopem. Jak to zwykle bywa w takich miejscach zabierali mnie tylko autochtoni w rozgruchotanych samochodach. Mauruuru! Nadęte francuziki w wypolerowanych symbolach wysokiego statusu społecznego nie wpuszczały mnie do swoich bezpiecznych izolatorów, nie licząc pewnej leciwej pani, babci właściwie, która zabrała mnie na stopa i podczas jazdy rolowała skręta trzymając na kierownicy ręce, bibułki, pojemnik z tytoniem i chyba swoją torebkę, kierując, śliniąc papierek, omijając rowerzystę, zwijając peta.

Pewnego dnia na Morrea wybrałem się na lokalną, świętą górę zwaną Mount Rotui. To cacko ma 899 m. n.p.m*. i potrafi pokazać pazury. Góry tutaj wysokie, a turnie strzeliste. Szlak ma jakieś dwa, może trzy kilometry. Czyli musi być stromy, bo - jak to się już wcześniej rzekło - na tego typu wyspach szlak zaczyna się na poziomie 0 metrów. Czyli na plaży. Jeśli chcesz mniej więcej zasmakować tej wspinaczki, spróbuj się wspiąć trzysta pięter po drabinie strażackiej, a potem z niej o własnych siłach zejść. Teraz wyobraź sobie, że drabina ma nierówne szczeble, niektóre są wyłamane, inne przegniłe. Do tego na drabinie rośnie mnóstwo dziwnych roślin sięgających niejednokrotnie głowy, które zasłaniają ci drogę, szarpią za ubranie, drapią, kąsają, podkładają nogi, oplatają twarz pajęczyną. Tak, trzeba uważać.
Na samych turniach i graniach rośliny tworzą czapę podobną do naszych nawisów śnieżnych. Chodząc po tych górach miałem nostalgiczne skojarzenie z przecieraniem szlaku po świeżym, wielodniowym opadzie śniegu w Bieszczadach. Granie tutaj są niezwykle ostre, podczas zabawy czułem się jak mrówka wspinająca się po ostrzu noża. Do tego miałem wrażenie, że część szlaku prowadzi nie po bezpiecznej skale, tylko nawisie z roślin przyczepionych korzeniami do skały, ale wiszących nad przepaścią. Ruszało się toto pod stopami. Jeszcze ciekawiej było podczas zejścia - wtedy cała lufa otwiera się pod twoimi stopami. Przy moim lęku przestrzeni to doświadczenie dość ekscytujące ;-).

Na wyspie Tahiti uderzyłem na górę o nazwie Aroai, 2066 m. n.p.m*. Dość wysoko. I stromo. Dawno nie widziałem takich luf, jakem góral z serca i wychowania. Tutaj pod nogami ziało mi 1000 metrów, albo i więcej, dziury. Dosłownie pod nogami, bo szedłem po samej krawędzi. A za plecami drugie tyle. Czyli nie ma gdzie się schować - idziesz po wąskiej ścieżce, z jednej i z drugiej strony dziura; potykanie się lub ślizganie nie należy do czynności zalecanych. Na pierwszej górze nie było umocnień. Na Aorai w nielicznych, dość przypadkowych miejscach, były (śliskie) liny, które pełniły rolę naszych tatrzańskich łańcuchów.

W nocy, tuż przed zachodem słońca, dotarłem na szczyt góry. To był doskonały widok. Cala wyspa u stóp, okolona morzem, a na horyzoncie czerwienią ciemniejące słońce. Sekunda po sekundzie, spektakl barw. A po zachodzie słońca na niebie pozapalały się gwiazdy; były tak blisko, że można po nie było sięgać rękami. Gdyż ponieważ: po pierwsze wysoko, po drugie bez żadnych zewnętrznych świateł (a księżyc jeszcze nie wzszedł). Tę noc spędziłem na samym szczycie – płaskiej, małej platformie o promieniu jakiś pięciu metrów. O poranku obserwowałem wschód słońca, ćwiczyłem, czytałem. To był doskonały dzień.

Nie można zapominać, że Francuska Polinezja to wyspiarski rejon. A zatem tu i ówdzie zdarzy się jakieś morze. Ocean, gwoli ścisłości. No i z dobroci tegoż również zacięcie korzystałem. Wyspy otoczone są atolem, który chroni wybrzeże przed potężnymi falami (zupełnie inaczej niż na Wyspie Wielkanocnej), co czyni ją rajem dla wszelkiej maści miłośników wody. Przyjeżdżają tutaj nurkowie, surferzy, plażowe leniwce, pływacy mniej lub bardziej znający się na tej sztuce. Ja w dzień łaziłem po górach, o poranku lub wieczorami pływałem. Cóż za doskonała równowaga – góry i woda, to co lubię.

Przed wyjazdem okazało się, że ostatni autobus na lotnisko odjeżdża o szóstej po południu. I co? Pozostaje tylko taksa. która za 5 kilometrów życzy sobie 25 euro. Hm, ździerstwo, pomyślałem i poszedłem na stopa. Na szczęście udało mi się tu jakoś dostać z pomocą pewnego bardzo przyjaznego autochtona i oto jestem - piszący i czekający. A dlaczego nie poszedłem z buta? Bo na starcie miałem potencjalnie niemiłą przygodę w okolicach lotniska, więc nie chciałem drugi raz kusić losu. W tym wypadku do dwóch razy sztuka to chyba głupota.

 * w ramach patriotycznych analogii przewyższeń: szlak jak z Kuźnic na Giewont (ech, miejsce po sercu mi mięknie jak się zabieram za tego typu porównania)
** chyba nie ma takiego przewyższenia w naszych Tatrach. Trzeba by zacząć 200 metrów pod Zakopanem (Krupówkami) i wyjść na Rysy