Ku cywilizacji
Do Christchurch dotarłem autostopem. Ponad pięćset kilometrów zrobionych w trzech skokach. Najpierw przyjazna para zabrała mnie z zupełnie odizolowanego odcinka szosy prowadzącej do tras trekingowych (odcinka zupełnie nieuczęszczanego przez ludność, bo to dwudziestosiedmiokilometrowa trasa dojazdowa do granic parku i jeżdżą tam tylko turyści - o poranku, żeby zacząć trasę i wieczorem, żeby z niej wrócić), potem w mieścinie Glenorchy zabrała mnie pewna starsza pani, która nie miała żadnego celu transportowego. Po prostu zauważyła mnie idącego wzdłuż drogi i stwierdziła, że mi pomoże, bo po południu nikt mnie nie podrzuci (mieścina ma około dwustu mieszkańców i kto miał pojechać tego dnia do większego miasta, zrobił to o poranku). Od słowa do słowa wyszło na to, że zmierzam na drugą stronę wyspy, do Christchurch i babcia, pomyślawszy chwilę, powiedziała: słuchaj, szukam wymówki, żeby nie iść na imprezę, podrzucę cię kawałek. I z tego kawałka zrobiło się pół drogi. Babcia opowiadała mi historię swojego życia i okolicznych gór, miejscowości, ludzi. A że opowiadać umiała, bawiłem się doskonale. Ja zrewanżowałem się opowieścią o moim turystycznym życiu i bieżącym projekcie. W pewnym momencie babcia stwierdziła, że czas wracać, bo drogi wieczorem pozamarzają i będzie jej ciężko przejechać przez przełęcze, więc zatrzymaliśmy się w okolicach nadających się na rozstawienie namiotu, pożegnaliśmy się i tak się skończyło pierwsze otwarcie procesu powrotu do cywilizacji.
Noc miałem przyjemną i spokojną, choć okraszoną hektolitrami deszczu wylanego przez niebo na mój namiot. Diabli nadali.
Rano zwinąłem mokry barłóg i ustawiłem się grzecznie na drodze. Do diaska, podobno dzisiaj niedziela, będzie kiepsko. Pół godziny później, pierwszy samochód. Macham. Nic. Pojechał, uśmiechnął się. Pięćset metrów dalej zahamował, zawrócił i... zabrał mnie do Christchurch. Bracia i siostry, to jest właśnie Nowa Zelandia.
Noc miałem przyjemną i spokojną, choć okraszoną hektolitrami deszczu wylanego przez niebo na mój namiot. Diabli nadali.
Rano zwinąłem mokry barłóg i ustawiłem się grzecznie na drodze. Do diaska, podobno dzisiaj niedziela, będzie kiepsko. Pół godziny później, pierwszy samochód. Macham. Nic. Pojechał, uśmiechnął się. Pięćset metrów dalej zahamował, zawrócił i... zabrał mnie do Christchurch. Bracia i siostry, to jest właśnie Nowa Zelandia.