Jaskinia

Biegnij na dół, o bogowie, jakaż piękna dziura, białe ściany, stalaktyty, stalagnity, białe nacieki, izolacja;
a gdzie drugie, zapasowe światło, nie ma? będę miał przerąbane, jeśli tutaj padnie mi czoło; gdzie dalej? tutaj, o stopa na dół, ręka za tę krawędź, byle w dół, byle zobaczyć więcej.; uważaj, czy uda się wrócić? nieważne, zobaczmy co będzie dalej; pochyl głowę, skręć trochę nogi, powinno przejść przez ten zacisk; o jaka piękna sala! uważaj, nie poślizgnij się, jeśli złamiesz tutaj nogę, to pewna śmierć, nikt nie wie, że tutaj wlazłeś; ale przecież nie, plecak został na górze, znajdą; tylko kiedy zaczną szukać? mało ludzi tutaj chodzi, a jeśli już, to większość ludzi zawraca za dwoma poprzednimi przeciskami, zaciskami; wciąż na dół, po głazach, wodzie, raz na kolanach, raz w półwyproście; ale gdzie jest teraz dół? może tutaj postawić nogę, może chwycę ręką i spróbuję... kucnąć, sprawdzić;  na dół! nie, za wysoko... to KONIEC, to koniec; wprawdzie zejdę z tej buły, ale sam na nią nie wyjdę, nie będę mógł wrócić. To koniec.

Uff. Obracam się, chłonę. Koniec pędu. No dobra, ale gdzie ja jestem? Trzeba teraz jakoś wrócić... Idę powoli i ostrożnie do góry. Nie powinno być skrzyżowań, nie pamiętam, żeby jakieś były, ale tak mnie gnało na dół...
Do stu tysięcy diabłów! Rozdwaja się, nie mogę w to uwierzyć, to diabelstwo się rozdwaja! Że też mi się takie rzeczy muszą przydarzać. Przecież tego nie było, jak biegłem na dół. Zatem spokojnie. Usypałem kopczyk i poszedłem zgodnie z intuicją w prawo. Chyba poznaję ten element, kształt zacisku. Tak, to powinno być to. I intuicja okazała się prawdziwa, jakieś 15 minut niepewności wyżej dostrzegłem pierwsze promienie boskiego słońca. Jetem wolny.