Nowa Zelandia

No i stało się, 13 maja dotarłem do Nowej Zelandii, definitywnie opuszczając hiszpańskojęzyczną strefę po trzech długich miesiącach kaleczenia tego języka. Teraz czas na język angielski.
Co do daty: pamiętam widok tablicy informacyjnej: 13 lipca, godz. 13:13. To był śmieszny dzień.

Na lotnisku w Tahiti znowu przyłapali mnie na braku biletu wyjazdowego (linia lotnicza nie zabierze mnie do Nowej Zelandii, jeśli nie mam biletu na następny etap podróży)- przeoczyłem fakt i znowu musiałem kupować bilety w ostatniej chwili. Jak widać potrafię uczyć się na błędach. Na szczęście udało mi się kupić bardzo tani bilet do Australii na 29 maja roku pańskiego bieżącego, co ustaliło moje dalsze plany.
Tym razem postanowiłem nie popełniać trzeci raz tego samego błędu i wczoraj kupiłem bilet na wylot z Australii. Uff, do dwóch razy głupota. Wizę już mam, trzymajmy kciuki, żeby tym razem nie było niespodzianek.

Po przylocie zadeklarowałem, że wnoszę ze sobą żarcie. Mam trochę kempingowej suchej paszy, nie chcę tego wyrzucać, bo mam plany trekingowe. To kolejny kraj, który ściśle pilnuje swoich granic przed kaloriami. Ale są lepsi od papryczek chili - przerośli samego mistrza. Tym razem zadeklarować należy również błoto na butach i na namiocie. Poważnie. Jest rubryka, w której określa się (tak/nie), czy na butach mam jakąś glinę z terenów niemiejskich. Urzędas jak zobaczył moją deklarację, wysłał mnie na rewizję. Rozpakowałem swoje rzeczy, gość obejrzał makarony, kazał pokazać podeszwy butów. Namiot zabrał ze sobą i powiedział, że będą go badać. Czekałem jakiś kwadrans i z tajemniczego okienka dezynfekcyjnego wychyliła się jakaś pani i powiedziała, że strasznie brudny ten mój namiot. I dużo błota. I w ogóle. Ciekawe jak to sobie wyobrażali. Proponuję im potrenować zwijanie namiotu o 4 rano po świeżym opadzie deszczu tak, by nie było na nim żadnych śladów. Na szczęście po kilku kwadransach sprawa się zakończyła i puścili mnie wolno. A tak na marginesie, zrobiłem ich w konia - ostatni kawałek salami zjadłem tuż przed kontrolą. Zatem zakazane mięso przeszło w moim żołądku.

Nowa Zelandia wygląda jak Europa. Ruch jest lewostronny, więc mam trochę zabawy z przestawieniem uwagi podczas przechodzenia przez jezdnię. Najpierw patrz w prawo, potem w lewo. Prosta zasada, ale jakże łatwo o prostą pomyłkę. A z mojej perspektywy tłok tutaj duży, wszak Auckland to pierwsze duże miasto, z jakim mam do czynienia od jakiś dwóch miesięcy. Szok od nadmiaru ludności obijającej się o siebie na ulicach, chodnikach, w restauracjach, nagminnie naruszającej bańkę prywatności, której granice mocno mi się przesunęły podczas podróży po terenach niezurbanizowanych. Socjoprzeładowanie. Jeśli o przechodzeniu przez jezdnię mowa, to mają tutaj zwyczaj podobny do angielskiego. Na dużych skrzyżowaniach w pewnym momencie włącza się czerwone światło dla samochodów we wszystkich kierunkach i plac skrzyżowania niepodzielnie należy do pieszych. Można iść na przód, na skos, wzdłuż, w poprzek, slalomem, w podskokach i pełzając. Nie trzeba czekać na dwie zmiany, żeby przejść po przekątnej. Fajne.
Na ulicach kolorowo, wielokulturowo. Bardzo dużą grupę stanowią Azjaci, zarówno ci skośni jak i śniadzi. Poza tym wszelkiej maści Anglosasi. Polaka spotkałem jednego. Tak na marginesie od wielu dni porozumiewam się tylko w języku angielskim lub hiszpańskim. Lingwistyczny trening jakich mało.
Ciekawostką przyrodniczą jest fakt, że nie ma tutaj prawie nigdzie darmowego dostępu do internetu. W Ameryce Południowej w każdym hostelu wifi to standard. Jest w pakiecie i już, zarówno hosteli jak i knajp. Tutaj w hostelach i nawet w restauracjach nie ma darmowych spotów, a jeśli już są, to w nielicznych. Na przykład znalazłem jednego McDonalda, z którego teraz korzystam. Kupuję espresso, siadam przy stole i uderzam w bezmiar sieci. Oczywiście płatny internet nie stanowi problemu - jest tego pełno w eterze, wystarczy się zalogować i kupić kartą kredytową kod. Ja idę na kawę i korzystam ze swojego kompa. O wiele bardziej higienicznie. No i mam kawę w pakiecie ;-).

Ostatnie dwa dni spędziłem w muzeach. Jestem pod wrażeniem. Trzeba przyznać, że wsiąkłem w dwóch miejscówkach i więcej rzeczy mnie jakoś nie interesowało. Jedno z muzeów prezentowało na kilku piętrach historię i kulturę Maorysów. Drugie sztukę lokalną i gościnną. Eh, dobrze wspominam te dwa dni.

Dzisiaj jadę na południe. Zamierzam poruszać się stopem, zatem nie wiem gdzie mnie zawieje. Na pewno 29 muszę być w Christchurch. To jedyny niezmiennik jak na razie. Dużo tutaj pada. Ciekawe jak mi się ułożą plany trekingowe. Na pewno nie odpuszczę - przynajmniej spróbuję. Jestem przygotowany na śnieg, więc nie powinno być niespodzianek.

Koniec na dziś. To miał być telegraf, a wyszło jak wyszło. Wszelkie literówki posprzątam później - czas mnie goni. Podróżowanie to praca 24 godziny na dobę. Dzisiaj na ten przykład spałem jakieś 4 godziny. A czasu nie marnuję.