Christchurch

Na Christchurch miałem plan ocierający się o doskonałość. Jak łatwo się domyślić nic z tego nie wyszło.
Spać miałem na kałczu, czyli u autochtona będącego członkiem społeczności couchsufring'owców. Mój gospodarz wracał wieczorem do domu, więc miałem całe popołudnie dla siebie.

Uderzyłem więc raźno do tzw. Art Gallery. Zamknięte. Kiedy otwarcie? Nie wiadomo, może za rok. Hm...
No dobra, nie zrażony tym lokalnym niepowodzeniem stwierdziłem, że idę zatem do Muzeum (jak widać odrobiłem zadanie domowe i miałem PLAN). Zamknięte. Kiedy otworzą? Nie wiadomo, może za pół roku. Przepraszam, czy Katedra jest otwarta? Niestety również zamknięta, nie wiadomo, czy jej nie zburzą do cna. Hm... Punkty doskonałego planu spaliły zatem na panewce. Roztrzęsiona ziemia położyła część budynków, część poważnie naruszyła, rozkładając równocześnie mój plan na łopatki. Okazało się, że trzęsienie ziemi najbardziej narozrabiało w centrum miasta i wszystko pozamykali. Jedno było rok temu (mój przewodnik był starszy i poprzez to nieaktualny), drugie dwa dni temu (ale byłem w górach po drugiej stronie wyspy i nic nie czułem).
Poszedłem więc do ogrodów botanicznych, rozłożyłem na ziemi namiot do wyschnięcia, poczytałem i poczekałem na powrót mojego gospodarza.

Wieczorem niezapomniany prysznic, rozłożenie rzeczy do suszenia, pogaduchy długo w noc i... pierwsza od wielu dni noc w prawdziwym łóżku.
Niebo.