Wellington

Wellington okazało się bardzo miłym miastem. Bardzo kompaktowa konstrukcja umożliwia dotarcie na nogach do większości interesujących miejsc, ludzie spokojni, przyjaźnie nastawieni do przybyszów, chętnie pomagają, wykazują sami inicjatywę, jeśli tylko staniesz na rogu ulic i będziesz przyglądał się tępym wzrokiem mapie.

Generalnie w Nowej Zelandii im bardziej na południe tym większy luz i większa pogoda ducha. W Auckland ulice wyglądały jak w dużych tyglach europejskich. Mieszanka wyścigu szczurów, turystycznego czasowego tumiwisizmu, zła i dobra, marginesu społecznego zbierającego tu i ówdzie drobne datki na żarcie, piwo czy inne używki. Wellington było o wiele bardziej ustabilizowane, w oczach ludzi było mniej szaleństwa.

Niestety okazało się, że największe muzeum w Nowej Zelandii, tak zwane Te Papa, zostało zbudowane za olbrzymią kasę z myślą o zabawie a nie edukacji. Udało się twórcom stworzyć duże wesoło-muzealne miasteczko. Wszystko interaktywne, dotykalne, multimedialne. Można pograć na bębnach, można poruszać kołem czasu w sali z historią naturalną, można stać się głową narodu w pewnej grze komputerowej i podejmować wraże dla tubylców decyzje. Ale kiepsko z prezentacją wiedzy. Całe piętro dotyczące Maorysów było tematycznie rozchwiane; odarte z chronologii i słów stało się miejscem zabaw a nie kształcenia. A szkoda. Muzeum w Auckland to jedno z najlepszych jakie widziałem. Muzeum w Wellington to jedno z najdroższych.

Drugą część dnia spędziłem na planowaniu i kreśleniu szkiców przyszłości. Okazało się po raz kolejny, że latanie jest tańsze niż jeżdżenie, w związku z czym postanowiłem kupić bilet lotniczy na południową wyspę do miasta Queenstown. Gdybym miał więcej czasu, ruszyłbym stopem, ale tegoż czasu nie miałem i postanowiłem go sobie kupić. Queenstown jest startowym miastem dla trekingów w Fiordland i dawało mi szansę na spędzenie maksymalnej liczby dni w naturze, bez tracenia czasu na transfery pomiędzy poszczególnymi trasami trekingowymi. Pod koniec dnia dysponowałem świeżutkim biletem na samolot i zacząłem się zastanawiać jakby tutaj spędzić ostatnią noc na wyspie północnej. Mogłem za ciężką kasę spać w hostelu w zbiorowej sali, co mi się niezbyt uśmiechało, mogłem poszukać wolnej sofy na couchsurfingu, czego pomimo usilnych starań dokonać mi się nie udało. Cóż pozostawało, można było zabrać garba i ruszyć w okoliczne lasy.

Zabrałem ze sobą litr opakowanej termosem, gorącej wody podarowanej mi przez pewną uczynną panią z hostelu i poniosłem swoje zmęczenie w góry okalające miasto...